W Pudle - Samolot myśliwski Messerschmitt Me-262A-1A - 1/72 - Arma Hobby

Model:  Messerschmitt Me-262A-1A 
Producent:  Arma Hobby,
Nr kat.:  70083
Skala:  1:72
Tworzywo:  model wtryskowy,  maski,
Malowanie: 2 x Niemcy, 1 x Czechosłowacja  

„Piękno stało się samolotem” – to cytat z książki „Wielki Cyrk”. Wspomnień napisanych przez czołowego asa myśliwskiego lotnictwa Francji płk Pierre Clostermanna. Był to komentarz do pojawienia się na froncie niemieckich samolotów myśliwskich Me-262 Schwalbe, z którymi francuscy piloci mieli okazję spotkać się w powietrzu. Nie tylko doskonałe osiągi i potężne uzbrojenie pierwszych użytych bojowo odrzutowców musiały robić wrażenie, ale także piękna, rasowa i dopracowana aerodynamicznie sylwetka. Sylwetka, której nie można pomylić z żadną inną. Nic więc dziwnego, że Me-262 jest tematem po który bardzo chętnie sięgają producenci modeli, przez co na rynku obecnie jest dostępnych sporo zestawów umożliwiających budowę modeli tego samolotu. Teraz do ich grona dołączyła warszawska Arma Hobby. Jak poradziła sobie z tematem? Przekonajmy się… 

Zacznę może od informacji, że jako pierwsza do rąk modelarzy trafiła Schwalbe w odmianie typowo myśliwskiej, czyli A-1A. Pod względem formy wydawania modeli, Arma Hobby od dawna trzyma się dobrych sprawdzonych patentów. Pudełko otwierane z boku z doskonale znaną szatą graficzną. Boxart w wykonaniu Piotra Forkasiewicza przedstawia Schwalbe przemykającą na małej wysokości, gdzieś pomiędzy alpejskimi dolinami. Taki obrazek widziany na żywo, zapewne pozostałby w pamięci do końca życia. Zawartość pudełka to torebka z wypraskami, maskami, kalkomaniami oraz instrukcją.

Podstawę zestawu stanowią dwie wypraski z jasnoszarego tworzywa. Łącznie zawierają kilkadziesiąt elementów różnej wielkości. Ponieważ elementy modelu umieszczono na nich bez żadnego klucza, ta recenzja będzie nieco inna niż dotychczasowe. 

Nie będę omawiał zawartości ramek, tylko poszczególne kolejne moduły modelu. Ograniczę się tylko do podsumowania, że wypraski są dwie, a ich zawartość to istna kopalnia skarbów, która od razu mówi nam, że będzie sporo fajnej, modelarskiej zabawy.

W pierwszej kolejności zwróćmy uwagę na kadłub. Ma on niemal klasyczny podział na prawą i lewą połówkę. Napisałem „niemal” ponieważ część nosową należy zmontować oddzielnie i dokleić do reszty. Zapewne jest to spowodowane zamiarem wydania w przyszłości innych wersji Me-262, które różniły się właśnie częścią nosową. Linie podziału są oczywiście wgłębne, wykonane prawidłowo, zgodnie z obowiązującymi standardami. Faktura powierzchni i to w sposób szczegółowy została odtworzona także w rejonie kokpitu i komór głównego podwozia. W dolnych elementach części nosowej znalazłem trochę nadlewek, przy okazji budowy wezmę żyletkę i się ich pozbędę. Jakby ktoś chciał podymić w inetrnetach to pokazuje uprzejmie, żeby wiedział, gdzie. 

W kadłubie zamontujemy dwa moduły. Pierwszy z nich to luk przedniego podwozia. Składa się on z czterech szczegółowych elementów, które należy złożyć w całość, obudować sekcją nosową i połączyć z kadłubem. Osadzimy tam także balast, który ma postać trzech metalowych kulek. Patent znany Airacobry. Muszą one być solidnie przymocowane, żeby model nie był grzechotką, jak moja Cobra.

Drugim modułem jest kokpit. W przypadku całej rodziny Me-262 jest to bardzo charakterystyczny element. Ma on bowiem postać wanny. W jej wnętrzu znajduje się właśnie kokpit, zaś jej zewnętrzne ścianki są doskonale widoczne przez otwory luku podwozia głównego, znajdujące się w dolnych powierzchniach centropłata. W przypadku omawianego modelu kokpit oraz luk podwozia to kilkanaście elementów różnego kalibru, na tyle jednak szczegółowo i wiernie oddających wygląd oryginału, że poprawnie zmontowane i pomalowane, będą mocnym punktem całego modelu.

Prace and kadłubem zwieńczymy montując usterzenie. Poziome to jeden element, ale jego dzielenie to raczej sztuka dla sztuki, napędom sterów w Me-262 bliżej bardziej do powojennych odrzutowców niż do Fok, nawet tych długich i na zdjęciach oryginałów,  podczas postoju na lotnisku rzadko kiedy ster kierunku znajdował się pozycji wychylonej. Ster kierunku, jest natomiast dzielony na statecznik oraz płetwę. Częsta praktyka w Arma Hobby.

Skrzydła. Mają one klasyczny podział na górną i dolną część. Linie podziałów poprowadzono w podobny sposób jak na kadłubie i usterzeniu. Różnicą natomiast jest to, że w niektórych miejscach występują nity. Te miejsca to panele inspekcyjne i tego typu rzeczy. Pamiętać należy, że Me-262 były szpachlowane i z nitowaniem powierzchni tego samolotu też trzeba być ostrożnym i zachować umiar. Jako osobne elementy wykonano sloty, co w mojej ocenie jest dużym plusem zestawu. Sam pewnie wykonam w pozycji wychylonej także klapy. Kiedyś zrobiłem to z zestawem Revella i całkiem ładnie to wyszło. Lotki pozostawię tak, jak zrobił to projektant zestawu. Doszły mnie też słuchy, że na górnych powierzchniach skrzydeł w rejonie silników mogą występować jamki skurczowe. W moim egzemplarzu ich jednak nie było.

Na powyższych zdjęciach pokazałem gondole silników i detale podwozia. Silniki mają klasyczny podział i konstrukcję. Przygotowując się do pisania tego tekstu przejrzałem różne uwagi i opinie na temat tego zestawu, jakie już zdążyły się pojawić. Były zastrzeżenia co do kształtu dysz wylotowych, ale nie jestem w stanie się do nich w chwili obecnej odnieść. Wrócę do tematu przy okazji klejenia. Uwagi dotyczyły też felg kół podwozia głównego. Fakt, w innych modelach (moim jedynym odniesieniem w skali 1/72 leciwy, lecz niezły zestaw Revella) wyglądało to nieco inaczej. Tu także nie podejmę się merytorycznej jednoznacznej oceny, bo moja wiedza nie sięga aż tak daleko. Niech się wypowiadają ludzie, którzy naprawdę siedzą w temacie. Na szczęście na rynku jest sporo zamienników i dodatków, więc ewentualne poprawki od strony technicznej nie będą stanowić problemu. Pozostałe drobne detale modelu są wykonane na typowym dla Army wysokim poziomie. Detal jest wyraźny, czysty i dużo szczegółów.

Producent zadbał także o uzbrojenie podwieszane. Do dyspozycji mamy bomby wraz z wyrzutnikami oraz wyrzutnie niekierowanych pocisków rakietowych. W naszym modelu użyjemy tylko tych drugich i to nie do wszystkich malowań. Sam osobiście raczej je sobie odpuszczę, ponieważ z dostępnych mi publikacji na temat JV 44 nie wynika aby generał A. Galland aby z czymś takim latał. Temat malowań zostanie oczywiście poruszony za chwilę, tymczasem bomby. Jednoznacznie sugerują, iż niebawem pojawi się kolejny zestaw, czyli wersja myśliwsko – bombowa. Jeśli natomiast ktoś dysponuje odpowiednimi kalkomaniami, może ją zrobić już teraz. Wystarczy dokleić bomby z wyrzutnikami oraz zaślepić wyloty luf i łusek do jednej pary działek.

Oszklenie to dość spora wypraska, ponieważ zawiera także roboczą podstawkę pod model, co jest ostatnio stałą praktykę w Arma Hobby. Samo oszklenie to dzielona na trzy elementy osłona kabiny, szyba pancerna w pomysłowy sposób montowana wewnątrz wiatrochronu oraz klosze lamp pozycyjnych. Wszystko wykonane na bardzo wysokim poziomie, ramy oszklenia wyraźne i równe oraz bardzo dobra przejrzystość. W przypadku użycia przezroczystych kloszy lamp pozycyjnych konieczne jest wycięcie odpowiednich otworów w końcówkach skrzydeł. 

Elementy wykonane z tworzywa sztucznego uzupełniają dwa dodatkowe artefakty. Pierwszy, w postaci metalowych kulek, które wykorzystamy jako balast. Drugi to z kolei maski, a więc od pewnego czasu standard w przypadku modeli Army. Dzięki nim zabezpieczymy na czas malowania osłonę kabiny oraz koła. Maski zostały wycięte w żółtym papierze. Takie lubię najbardziej, mogą być przyklejone do elementów modelu przez dłuższy nawet czas i mamy pewność, że farba nie podpłynie pod maskę. O ile dobrze je przykleimy. 

Kalkomanie tym razem nie zostały wydrukowane u „nadwornego” dostawcy kalkomanii do modeli Arma Hobby, czyli w Techmodzie. Na potrzeby tego zestawu wykonał je włoski Cartograf i trzeba przyznać, że Włosi pozamiatali jakością oddania szczegółów, kolorów i wszystkiego, co dobre kalkomanie powinno charakteryzować. Nawet najdrobniejsze napisy eksploatacyjne są czytelne, to samo można powiedzieć o zegarach na tablicy przyrządów, bo swoim zwyczajem Arma Hobby przygotowała sporo kalek do użycia w kokpicie. Są oczywiście pasy pilota, wydrukowane w zupełnie innym stylu niż dotychczas, sprawiają wrażenie nieco komiksowych, ale w mojej ocenie całkiem przyjemne dla oczu. Jeśli ktoś zdecyduje się na użycie drukowanego kokpitu, który można pobrać za pomocą kodu QR z instrukcji, temat pasów nie będzie go dotyczył, podobnie jak, ci co będą chcieli użyć blaszek.

Nie spotkałem się z malowaniem Me-262, które nie byłoby atrakcyjne. Producent miał zatem spory zgryz, przy doborze propozycji malowania do tego zestawu. Ostatecznie stanęło na następujących:
- Messerschmitt Me 262 A-1a, W.Nr. 500071 „White 3”, Oberfähnrich (chorąży) Hans Guido Mutke, 9./JG 7, lotnisko Fürstenfeldbruck, Niemcy, kwiecień 1945 r.
- Messerschmitt Me 262 A-1a, Jagdverband 44 Generalleutnant (Generał Broni) Adolf Galland, dowódca jednostki, lotnisko München-Riem, Niemcy, luty – kwiecień 1945 r.
- Avia S-92 „Turbina”, V-40, Czechosłowackie Wojska Lotnicze, 5. stíhací letka, lotnisko Žatec, lata 1947 – 1950.
Czyli wiemy na czym stoimy. Oba malowania niemieckie są bardzo efektowne, ale także wymagające dobrego wytrenowania malowania aerografem. Jeżeli oba te malowania komuś nie odpowiadają z powodów ideologicznych lub warsztatowych, może sięgnąć po malowanie czeskie. Jednolite, mniej efektowne ale na pewno ciekawe. Tradycyjnie sylwetki boczne z krótkimi opisami powtórzono na odwrocie pudełka. Warto się im bliżej przyjrzeć, zwłaszcza, jeżeli ktoś planuje drugi wariant malowania, widać tam jak powinny wyglądać miejsca szpachlowane, o których mowa w instrukcji. Tu jeszcze drobna uwaga, samolot owszem był przypisywany gen. A. Gallandowi, ale w praktyce w JV 44 nie było samolotów na stałe przypisanych do pilotów. Na prezentowanym samolocie latali także inni piloci, tacy jak na przykład Franz Stigler. Niezależnie od tego, które z malowań wybierzemy, warto zapoznać się ze znakomitym opracowaniem autorstwa Jakuba Plewki dotyczącego malowania samolotów Me-262:

Me 262 i późno wojenne kolory RLM – próba uporządkowania tematu 

Schematy malowania tradycyjnie zamieszczono na ostatnich stronach instrukcji. Tu nie ma większych zamian, poza tym, że standardowe rysunki instrukcyjne zostały wzbogacone o elementy barwne i uzupełnione rendreami 3D, na których widać, jak poszczególne elementy należy prawidłowo zmontować.
Teraz już model Me-262 z Arma Hobby nie skrywa żadnych tajemnic. Ja w tym miejscu nie będę przed niczym przestrzegał, ani do niczego zachęcał. Decyzję co do ewentualnego zakupu każdy musi podjąć sam, Starałem się natomiast przedstawić zawartość pudełka w sposób jak najbardziej szczegółowy i dokładny, aby pomóc w podjęciu tejże decyzji, albo w jedną, albo w drugą stronę. Na szczęście żyjemy w takich czasach, że modeli różnych producentów nie brakuje. Jeśli komuś model Arma Hobby nie podpasował z  tylko jemu widomych względów, ma do wyboru kilka innych dobrych zestawów. Także każdy może sobie model Me-262 popełnić w taki sposób na jaki ma ochotę.

 

 

Dziękuję producentowi, firmie Arma Hobby za przekazanie modelu na potrzeby recenzji

Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski

 

Partnerzy

       

Kluby modelarskie

 

 
   
                 
                 

 

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd