
Pojawienie się tego modelu na rynku wywołało dość spore emocje, nie mniejsze niż podczas premiery pierwszego zestawu w całej serii. Czyli miniatury samolotu P-51D. Tym razem jednak firma Arma Hobby wydając miniaturę kolejnego Mustanga, czyli P-51K, wykonała ukłon w kierunku modelarzy weteranów, a wszystko z powodu jednej z proponowanych opcji malowania. Modelarski „ZBOWiD” do którego zresztą się zaliczam, będzie wiedział o co chodzi po pierwszym spojrzeniu na zdjęcie tytułowe. Uznałem bowiem, że recenzja tego zestawu to doskonała okazja do poruszenia kilku ważnych spraw, nie tylko dla modelarzy. Lubię w swoich tekstach poruszać tematykę modelarskiego vintage. Tytuł zatem jest nie przypadkowy, bo omówię tu nie tylko mowy zestaw Arma Hobby, ale także zabiorę chcących przeczytać to co napisałem, w swoistą podróż w czasie, w którym przedstawię, jeden z najbardziej znanych modeli P-51D, ale także całą otoczkę modelarstwa w czasach, kiedy zetknąłem się z nim po raz pierwszy. Poruszę też inne kwestie, dotyczące nie tylko modelarstwa a o których warto mówić głośno przy każdej okazji.
Model: P-51K Mustang™
Producent: Arma Hobby,
Nr kat.: 70071
Skala: 1:72
Tworzywo: model wtryskowy, maski,
Malowanie: 2 x USA, 1 x Wielka Brytania

Zacznijmy jednak od modelu zupełnie współczesnego, który kiedy pisałem te słowa docierał dopiero na sklepowe półki. Arma Hobby zapowiedziała, że modeli Mustangów D/K zamierza wydać całą serię i niedługo po premierze modelu P-51D ukazał się drugi, najbardziej popularny wariant Mustanga z kroplową osłoną kabiny, czyli P-51K.

Arma Hobby konsekwentnie nie zmienia sposobu wydawania sowich modeli. Szata graficzna pudełka i sposób pakowania pozostaje bez zmian. Nie ma zresztą sensu zmieniać czegoś, co dobrze funkcjonuje. Grafika wykonana po raz kolejny w mistrzowski sposób przez Piotra Forkasiewicza przedstawia Mustanga z 342 Dywizjonu Myśliwskiego w locie, gdzieś nad jedną z wysepek archipelagu Filipin. Po nasyceniu wzroku boxartem, można zająć się zawartością pudełka.

Jest ona identyczna, jak w przypadku modelu P-51D. Dwie wypraski z jasnoszarego tworzywa, jedna przezroczysta, zawierająca także stojak montażowy. Uzupełnieniem są maski do malowania, kalkomania i oczywiście instrukcja.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Jak zaznaczyłem oba zestawy bazują ta tych samych wypraskach, te zaś zawierają wszystko, co jest potrzebne do budowy modelu samolotu zarówno w wersji D jak i K. Podstawowa różnica to śmigło. W wersji D montowano śmigła Hamilton Standard, zaś wersji K śmigła Aeroproduct. Te ostatnie okazały się znaczenie gorsze i w jednostkach bojowych zazwyczaj wymieniano je na Hamiltony, jak oczywiście była taka możliwość. Oba typy śmigieł znajdziemy oczywiście na jednej z wyprasek, do każdego typu jest inny kołpak, ale piasta identyczna.
![]() |
![]() |
Są także dwa typy rur wydechowych, z osłonami lub bez. Zastosowanie konkretnego typu rur wydechowych nie zależało od wersji lecz od konkretnego egzemplarza samolotu. Producent tę różnicę uwzględnił. Zresztą takich z pozoru błahych rzeczy jak wytrasowanie jakiejś linii podziału czy zaszpachlowanie jakiegoś panelu jest w tym zestawie, podobnie jak w P-51D znacznie więcej. Znalazły się też delikatne nadlewki, ale tego tematu nie chce mi się drążyć.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Kalkomania to sporej wielkości arkusz, zaś jej zawartość to komplety oznaczeń dla trzech opcji malowania, komplet napisów eksploatacyjnych a także spora ilość różnego rodzaju detali do umieszczenia w kokpicie czy luku podwozia. Nie mogło także zabraknąć srebrnych elementów samego luku. Patent ten pierwszy raz pojawił się w modelu P-51D. Myślę, że warto opracować coś podobnego do modeli Mustangów B/C.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Trzy opcje malowania to standard stosowany od lat przez Arma Hobby. Tak jest i w przypadku tego zestawu. Tym razem producent proponuje nam następujące schematy malowania:
• P-51K-10-NT Mustang, „Fragile but Agile” pilot: Lt. Bertram Lee, 342. Dywizjon Myśliwski, 348. Grupa Myśliwska, Luzon, Filipiny 1945 r.
• P-51K-1-NT Mustang, „Dot Darlin” pilot: Lt. Carl E Decklar, 354. Dywizjon Myśliwski, 355. Grupa Myśliwska, Steeple Morden, Anglia 1945 r. Samolot ten miał śmigło wymienione na Hamilton Standard.
• Mustang IVa (P-51K-15-NT), „Dooleybird” pilot: F/Lt. S. Doley, 19 Dywizjon, RAF, Anglia 1945 r.
Właśnie ta ostatnia propozycja wywołała poruszenie wśród modelarzy w wieku powiedzmy dojrzałym lub mocno dojrzałym. Pojawiało się przy tym jedno magiczne słowo „MATCHBOX”. Takie właśnie malowanie proponowała modelarzom legendarna, nie istniejąca już niestety brytyjska firma kiedy wydawała swój model P-51D. O tym jednak za chwilę, będzie to ta obiecana na wstępie podróż w czasie. Schematy malowania znajdują się oczywiście w instrukcji montażu i malowania, ponadto sylwetki boczne z opisami znajdziemy na odwrocie pudełka. Jeśli zaś chodzi o samego „Doleybirda” to zachęcam do odwiedzenia blogu producenta, gdzie znajdziemy arcyciekawy artykuł na temat tego samolotu i ewolucji, jakie przechodziło to właśnie malowanie:
Dooleybird – żółty czy niebieski?

Jeśli zaś chodzi o samą instrukcję, to szata graficzna i sposób wydania, także pozostały bez zmian. Poza czytelnymi rysunkami montażowymi znajdziemy tam także szereg praktycznych uwag i podpowiedzi dotyczących zarówno samego procesu budowy modelu, jak i tych właśnie z pozoru banalnych różnic pomiędzy poszczególnymi egzemplarzami samolotów, których wykonanie zaproponował nam producent. Warto o tym pamiętać.
Sam osobiście bardzo się cieszę z tego zestawu. W pełni podtrzymuję swoje spostrzeżenia które poczyniłem przy okazji opisywania modelu P-51D. Tutaj dodatkowy wieeelki plus za malowanie samolotu F/Lt. S Doleya. Dlaczego?
No właśnie, żeby to zrozumieć należałoby się cofnąć w czasie o dobre pięćdziesiąt lat. W Polsce komuna ma się dobrze, zaś wszelkie dobra, zwłaszcza te ze zgniłego Zachodu są ściśle reglamentowane. Do jednej ze szkół podstawowych w Białogardzie na Zachodnim Pomorzu chodzi Marcin, mały entuzjasta samolotów i właściwie wszystkiego co nadawało się do klejenia, nieważne czy były to kartonówki z „Małego Modelarza”, czy modele plastikowe kupowane w sklepach Składnicy Harcerskiej. Na ogół były to modele producentów krajowych, ale także z NRD, Czechosłowacji i oczywiście ZSRR. Te ostatnie, nietrudno się domyśleć były najsłabszej jakości. Marcin nieświadomie zupełnie zaczął działalność można powiedzieć, że wywrotową. Jeśli w niedzielę będąc w mieście przyuważył, że szyby wystawowe w „harcerskim” są oklejone wielkimi arkuszami szarego, pakowego papieru, to znaczy, że jest dostawa towaru. W tamtych czasach było to wydarzenie niezależnie od branży sklepu. W poniedziałek trzeba zatem zameldować się w harcerskim, to może coś się uda upolować. Był jednak mały problem: szkoła. Najlepiej urwać się z ostatniej lekcji, zanim inni wyjdą z pracy. Ostatnią lekcją był rosyjski. No ale jak to się urwać z lekcji języka, którym mówił sam Lenin?! Marcin zaczął więc symulować i na tym polegała ta jego nieświadoma wywrotowa działalność, godząca w podstawy socjalistycznego ustroju. Wymyślał różne schorzenia, że coś boli, że źle się czuje i zwalniał się z lekcji. Zamiast do domu gnał do harcerskiego, oczywiście robił to tak żeby go nikt nie widział. W ten sposób powiększał swoją kolekcję modeli, lub elementów do kolejki PIKO, jeśli miał szczęście i dysponował większym niz zwykle budżetem. Już wtedy podświadomie wiedział, że ta miłość do ZSRR, to coś z nią nie tak, to jakaś ściema, ale nikt nie mówił tego głośno, zwłaszcza po stanie wojennym. Do Polski co jakiś czas docierały także towary zza "Żelaznaj Kurtyny" w tym modele zachodnich producentów i w ten sposób Marcin pierwszy raz spotkał się z modelami brytyjskiej firmy Matchbox, która znana była z metolowych modeli samochodów, tak zwanych „resoraków”. Pierwsze spotkanie z modelami Matchboxa było dla Marcina szokiem: kolorowe, efektowne pudełka, tematyka imperialistyczna i dekadencka – czyli Spitfiry, Hurricany, Lightingi i inne „zachodnie” konstrukcje, a jak ktoś miał szczęście to miał Zero czy Messerschmitta. Problemem była zaporowa cena, mocno przewyższająca ceny modeli produkcji krajowej, czy „zaprzyjaźnionych” krajów demokracji ludowej tzw. „demoludów”. Marcin co prawda w późniejszym czasie stał się bardzo szczęśliwym posiadaczem kilku modeli Matchboxa, jednak nie załapał się na ten o którym napisze poniżej. Kupił go sobie z sentymentu jako dorosły facet, ale nie żeby go kleić. Od tego jest model Arma Hobby.
Model: P-51D Mustang™
Producent: Arma Hobby,
Nr kat.: PK-13
Skala: 1:72
Tworzywo: model wtryskowy,
Malowanie: 1 x USA, 1 x Wielka Brytania

Czyli wszystko jasne. Cofnąłem się do lat dziecinnych, kiedy to każdy model kleiło się z wypiekami na twarzy, bo trzeba było wiele starań by cokolwiek zdobyć. Nikt nie marudził na nity, linie, brak dodatków i że coś trzeba spiłować. Tanie modele znikały ze sklepów od razu, droższe takie jak Matchboxy leżały na półkach dość długo, działając na wyobraźnię. Co było w nich takiego magicznego, niesamowitego, postaram się przedstawić właśnie na przykładzie modelu P-51 Mustang. Zestaw ten miał swoją premierę w 1973 r. Jestem o rok starszy. Do czasu likwidacji firmy w latach 90-tych zeszłego stulecia doczekał się kliku wydań, które łączyła jedna rzecz. Wspaniały, dynamiczny boxart, którego autorem jest Roy Haxley przedstawiający właśnie „Doleybirda: w chwili startu. Ten właśnie boxart tak działał na wyobraźnie i teraz przywołuje wspomnienia. Roy Haxley wykonał większość grafik na modele Matchboxa, więc trudno się dziwić, że sześć do ośmiu różnych modeli wydanych w ten sposób robiło duże wrażenie. Moim subiektywnym zdaniem podobny klimat mają obecnie jedynie pudełka Arma Hobby z grafikami Piotra Forkasiewicza, który Royowi Haxleyowi w niczym nie ustępuje.

Kiedy to się działo, był rok 1985, może 1986. Do Polski trafiły kolejne edycje modeli Matchboxa, określane przez producenta jako „Purple Range”. Po części zastąpiły one dotychczasową szatę graficzną pudełek znaną jako „Orange Range”. Ortodoksyjni fani Matchboxa preferują tę ostatnią, purpurową serię określając jako „hokeje”. Nazwa ta nawiązuje do kształtu kija hokejowego w jaki układają się czerwono – pomarańczowo – żółte pasy na pudełku. Co ciekawe, niektóre modele przez cały czas były sprzedawane w wersji „Orange”, nie doczekały się wydań w formie „Purple”. Osobiście lubię obie formy wydawnicze, do obu mam sentyment, ale do „hokejów” chyba jednak większy, przez wzgląd na tamte mocno odległe czasy. Cóż zawiera pudełko z Mustagiem z Matchboxu? Zresztą znacznie mniejsze od nowego wydawnictwa Arma Hobby? Przekonajmy się.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Modele Matchboxa w zależności od wielkości składały się zazwyczaj z dwóch do pięciu wyprasek. Mustang należał do tych najmniejszych zestawów, więc musiał składać się z dwóch wyprasek. Z prostego powodu. Każda ramka była wtryśnięta z tworzywa o innym kolorze. Wtedy nie każdy malował modele, zaś aerograf był technologią niemal kosmiczną. Matchbox postawił więc na kolorowe wypraski, przy czym zastosowane kolory po części odpowiadały malowaniom rzeczywistych samolotów. W przypadku modelu Mustanga pierwsza z ramek ma kolor szaro zielony. Znajdziemy na niej połówki kadłuba, podwieszane zbiorniki z paliwem, koła i trochę drobiazgów. Są też dwa z trzech elementów wyposażenia kokpitu, czyli fotel i figurka pilota. Te figurki, podobnie jak kolorowy plastik były wizytówką Matchboxa. Słusznie zresztą, takiej figurki można użyć także i obecnie, jak ktoś lubi. Reszta z perspektywy czasu prezentuje się nieco gorzej. Przy dobrym odwzorowaniu bryły samolotu i doskonałym spasowaniu części, rzucają się w oczy uproszczenia, zarówno w detalach, jak i w fakturze powierzchni. Jest to swoista mieszanina linii wypukłych i wgłębnych, przy czym do tych ostatnich już dawno temu przylgnęło określenie „rowy mariańskie” W sumie słusznie, bo ich kształt i finezja bardzo do tego określenia pasuje.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Druga wypraska została wykonana z tworzywa w kolorze srebrnym. Znajdziemy na niej skrzydła, usterzenie poziome, śmigło oraz kolejną porcję drobiazgów. Wśród nich jest trzeci element kokpitu w postaci imitacji bloków radiostacji umieszczonych za fotelem pilota. Muszę tu jednak przyznać, że Mustang na tle innych Matchboxów miał kabinę na wypasie. W innych to był tylko fotel i figurka pilota. Są też oczywiście rury wydechowe, jeden bliżej nie określony typ. Do tego dochodzi oszklenie w postaci osłony kabiny. Jest to pojedynczy element. Przykleić gdzie trzeba i część pieśni i poezji.
![]() |
![]() |
Ponieważ w tamtych czasach waloryzacja modeli miała charakter pracy twórczej i inwencji modelarzy a o blaszkach i żywicach nikt nie słyszał, jedynym dodatkiem do elementów z tworzywa były kalkomanie. Średniej wielkości arkusik z podstawowymi oznaczeniami dla dwóch malowań. Żadnych stencili, tabliczkach znamionowych czy zegarach na tablicę przyrządów nie wspomnę. Zresztą i tak nie byłby ich gdzie nakleić. Kalkomanie Matchboxa były jednak znakomite pod względem merytorycznym i technicznym. Robiąc zdjęcia nie zdejmowałem ochronnego pergaminu, ale widać, że kolorystyka jest bez zarzutu i nie ma jakiś nieprawidłowości drukarskich. Z dawnych czasów pamiętam, że nie sprawiały żadnych problemów przy naklejaniu, dobrze wchodziły w powierzchnię modelu, bez użycia chemii, której zresztą wtedy nie było.
![]() |
![]() |
Ilość proponowanych schematów malowania Matchbox uzależniał od gabarytów modelu. Były cztery kategorie. W dwóch mniejszych były dwie opcje, w kolejnej większej trzy, w największych modelach trzy do czterech. Mustang należał do najmniejszej kategorii, wiec schematy były dwa. Wspomniany „Doleybird” z 19 Dywizjonu RAF oraz amerykański z 485 Dywizjonu wchodzącego w skład słynnej 9-tej Armii Powietrznej. Schematy malowania zamieszczane były na odwrocie pudełka, zaś poszczególne kolory oznaczano za pomocą kolejnych liter alfabetu. Taki sposób do chwili obecnej nie wyszedł z użycia, stosuje go miedzy innymi firma Fly 814. Na boku pudełka znajdowała się natomiast ciekawa informacja, o ilości i kolorach tworzywa użytych do produkcji modelu, zaś zamieszczona grafika informowała, jak model będzie prezentować się bez malowania.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Instrukcja miała postać czarno – białej ulotki składanej w harmonijkę. Przy niewielkich rozmiarach zawierała ona potężną ilość informacji. Była notatka o samym samolocie i jego historii, czytelne rysunki instrukcyjne, rozpiska kolorów jakie odpowiadają poszczególnym literom alfabetu, oraz rysunki informujące, jak należy pomalować poszczególne detale modelu.
Na sam koniec mam kilka spostrzeżeń. Modele Matchboxa w tamtych czasach zrobiły na mnie duże wrażenie i mam do nich do chwili obecnej wielki sentyment. Zresztą nie jestem tu wyjątkiem. Ale już wtedy mały Marcin zaczął dostrzegać jedną rzecz. Modele produkowane w Polsce pomimo tego, że sposobem wydania nie dorastały Matchboxom do pięt, były znacznie bardziej szczegółowe i lepiej opracowane i zdetalowane. Kabiny były kompletne, a nie tylko fotel i figurka, podobnie silniki, podwozia i tak dalej. O co więc mogło chodzić? O przepaść dzielącą „socjalistyczny raj” od „zgniłego zachodu”. Gdyby taki model Łosia z ZTS Plastik został wydany tak jak to robił Matchbox… W Polsce mieliśmy utalentowanych projektantów, jednak socjalistyczna rzeczywistość nie dawała im rozwinąć swoich możliwości. Wszystko musiało być szaro bure i siermiężne. Oby się tylko nie wyróżniało. Wyobrażałem sobie jak by wyglądało u nas życie bez socjalizmu i "opieki" Wielkiego Brata, a w tych wyobrażeniach nie byłem odosobniony. Wyobrażano sobie wtedy zupełnie inny świat, inną Polskę. Już wtedy wielu ludzi, także młodych chłopaków, takich jak wtedy ja, wiedziało doskonale, że nasze miejsce jest w Europie, cywilizacji Zachodu a nie w zamordyźmie oferowanym na siłę przez ówczesny Związek Radziecki. Trzeba było uwolnić się od betonowej piersi Matuszki Rosji a następnie wykonać gigantyczną pracę, abyśmy mogli znaleźć się w tym miejscu, gdzie jesteśmy obecnie. W Zjednoczonej Europie, która wtedy była marzeniem prawie nie osiągalnym. Gdzie wbrew pewnym mądrym inaczej wypowiedziom, nikt nie narzuca nam żadnych dziwnych rzeczy, a takie firmy jak Arma Hobby mogą rozwijać skrzydła i wydawać kolejne wspaniałe modele, których premiery są wydarzeniami nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Nie da się oszukać rzeczywistości, Unia to po prostu potężne możliwości rozwoju i życia na wysokim poziomie. Dlaczego o tym piszę akurat w tym miejscu? Bo chciałbym, żeby tak zostało. Po prostu obawiam się, że przez nieodpowiedzialne wypowiedzi, że coraz więcej Polaków chce wyjścia z Unii Europejskiej, stracimy to, co wypracowały dwa pokolenia Polaków po 1989 r. Dlatego opisałem swoje perypetie z dzieciństwa, żeby uświadomić zwłaszcza młodych ludzi którzy takie skrajnie nieodpowiedzialne i szkodliwe opinie powielają, bo nie znają innej Polski, niż tej unijnej, gdzie praktycznie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Widać to także na naszym modelarskim podwórku, po ofertach producentach modeli i akcesoriów. Nie pasuje model producenta X kleimy model producenta Y. Żeby była całkowita jasność w temacie, ten stan, to gdzie jesteśmy obecnie nie trwało zawsze, że trzeba było o to najpierw zawalczyć a potem wypracować. Taki pochopne działania kilka lat temu przećwiczyli Brytyjczycy, którzy w większości teraz żałują brexitu i podejmują działania, jak choćby częściowo przywrócić stan sprzed opuszczenia Unii. Zyskali niewiele, stracili bardzo dużo. Nie popełnijmy tego błędu. Tyle moje obawy i przemyślenia, może trochę za bardzo się rozpolitykowałem, ale uznałem, że można też zwrócić uwagę na takie rzeczy, bo dotyczą także modelarzy. Czekam teraz cierpliwie zapowiedziany model Me-262 i mam nadzieję, że kolejne i następne po nich.
Dziękuję producentowi, firmie Arma Hobby za przekazanie modelu na potrzeby recenzji
Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski
































































































