Hydrolplany z Pucka w skali 1/48

Sporo czasu zajęło mi wymyślenie jak pokazać proces powstawania tych modeli. Ponieważ były to moje pierwsze modele żywiczne, jakie zdarzyło mi się popełnić jak ognia chciałem uniknąć czegoś takiego: „Właśnie kleję swoje pierwsze hydroplany z żywicy i wszystkim pokażę jak to się robi i będę udzielał dobrych rad”. Nic z tych rzeczy. Postanowiłem opisać moje pierwsze przygody z „żywicą”, z jakimi nowościami i problemami technologicznymi musiałem się zmierzyć wchodząc na ten nie do końca znany mi modelarski teren. Z żywicami miałem do tej pory do czynienia tyle co większość modelarzy budujących modele redukcyjne, a to jakiś Aires, CMK, Verlinden w mniejszym lub większym stopniu, ale modelu wykonanego w całości z żywicy jeszcze nie kleiłem. Toteż kiedy na moim warsztacie wylądowały dwa wspaniałe hydroplany z okresu Wielkiej Wojny z jednej strony byłem zachwycony tym co mnie może spotkać podczas budowy i jednocześnie tym przerażony.

Modele rzeczywiście wspaniałe, jeden to Friedrichshaffen FF-33L z Ardpolu a drugi to Hansa Brandenburg type NV z Pancerki. Oba w skali 1/48 i oba były na wyposażeniu mego ukochanego MDLotu w Pucku. Wysoka jakość produktów z Ardpolu jest powszechnie znana, a Pancerka to praktycznie to samo. Nic tylko kleić. Postanowiłem nieco poskromić modelarski amok, a zrobić wszystko tak aby osiągnąć zamierzony efekt.
Zacząłem od przeczytania wszystkiego co dotyczyło budowy wielopłatów kładąc szczególny nacisk na modele żywiczne. Spędziłem dwa wieczory na buszowaniu w necie i studiowaniu archiwalnych numerów Mini Repliki, Model Fana i podobnych tytułów, informacji posiadłem sporo, ale to mi nie wystarczyło. Postanowiłem udać się po poradę do specjalisty :) Kilkudniowa wymiana maili i telefonów z obeznanym z tematem kolegą zaowocowała pozyskaniem informacji, których nie zdobyłbym siedząc przed komputerem i nad gazetami, oto one:
1. żywica pod wpływem temperatury może się odkształcać i dlatego dolne płaty warto wzmocnić stalowym drutem. Zapobiegnie to „oklapnięciu” całego modelu.
2. żywica może się łamać i kruszyć, więc żywiczne zastrzały trzeba zastąpić plastikowymi lub metalowymi. Inaczej się powyginają, połamią i nastąpi ogólna masakra.
3. naciągi powinny być wykonane z wędkarskiej żyłki, gdyż wzmocni i usztywni to konstrukcję całego modelu, w przeciwieństwie do polistyrenowych prętów lub nitek z damskich rajstop.
4. cała reszta to czysta modelarska frajda i przyjemność.
5. jeśli miało się dłuższą przerwę w budowaniu szmatopłatów, warto skleić jakiś prosty model dla treningu.

Friedrichshafen FF-33L - inbox.

Hansa Brandenburg NW - inbox

Dysponując taką wiedzą mogłem zabrać się do pracy. Na warsztat najpierw trafił Albatros DVa z Eduarda . Na nim przetrenowałem wszystkie potrzebne techniki i patenty, czyli odtwarzanie faktury drewna, montaż górnego płata, czy wykonanie naciągów.Ponieważ byłem zadowolony z uzyskanego efektu mogłem zając się hydroplanami. Zacząłem od Hansy, zaś Frich został sklejony w następnej kolejności, jednak budowę obu maszyn postanowiłem pokazać równolegle. Zacząłem od przygotowania sobie zapasu profili na zastrzały, tak aby starczyło na oba modele. Postanowiłem zrobić je od podstaw nie tracąc czasu i pieniędzy na sprowadzanie gotowych z za granicy. Wyglądało to mniej więcej tak, kawałek polistyrenowej płytki pociąłem na paski odpowiadające grubości zastrzałów.


Paski te obrobiłem pilnikami i papierem ściernym różnej grubości nadając im odpowiedni przekrój. Pasek kładłem na arkuszu papieru ściernego i obrabiałem go kawałkiem papieru o tej samej gramaturze, dawało to możliwość obrobienia patyka ze wszystkich możliwych stron w dosyć krótkim czasie. Teraz pozostało pociąć paski na odcinki odpowiedniej długości, wykorzystując jako szablon oryginalny element i obrobić ich końcówki. Tak powstały zastrzały do Hansy.
Zastrzały do Fricha zrobiłem w identyczny sposób, z tym, że uzupełniłem je o imitacje metalowych wzmocnień. W odpowiednich miejscach nawinąłem na zastrzały kawałki cieniutkiego miedzianego drutu i zalałem klejem ca. W ten sposób wykonałem sobie cały zapas „surowca” który starczył mi na oba modele.
Budowa obu modeli nie różniła się zasadniczo od budowy typowych modeli z polistyrenu. Różnicą było zastosowanie kleju cyjanoakrylowego, zarówno do łączenia z sobą poszczególnych detali, jak i wypełnienia dziurek po pęcherzykach powietrza, które zdarzyły się w kilku elementach. Kokpity w obu modelach wykonałem w zasadzie od podstaw. Producenci wykonali tu kawał dobrej roboty. Oba zostały pomalowane tek aby uzyskać imitację jasnego drewna. Najpierw pokryłem wnętrze beżową emalią a po jej wyschnięciu metodą suchego pędzla wtarłem emalię brązową. Kokpit we Frichu uzupełniłem o imitacje naciągów – polistyrenowe pręty pomalowane metalizerem. Fotele pilotów uzupełniłem o pasy wykonane z jasnobrązowego papieru, żadnych uzupełnień nie wymagały natomiast makiety silników, to najmocniejsze punkty obu modeli. Po pomalowaniu wymagały jedynie przetarcia suchym pigmentem w kolorze czarnym. Po umieszczeniu wyposażenia w prawe burty, kadłuby były gotowe do montażu. Tu nie ustrzegłem się przed paroma błędami – zbiornik paliwa pod fotelem pomalowałem na „drewniano”, zaś pasy wyglądały, jakby jakiś wariat przełożył je ze Spitfira:). Błędy te przyszło mi skorygować już po sklejeniu kadłuba (wtedy się o nich dowiedziałem) ale dałem radę. Obróbka miejsc łączenia połówek kadłubów, nie różniła się niczym szczególnym od tego typu operacjach w modelach z polistyrenu. Musiałem tylko przygotować wzmocnienia dolnego płata w obu modelach. W przypadku Hansy nawierciłem otwory w obu połówkach kadłuba, tak aby wkleić potem dźwigar, zaś we Frichu metalowe dźwigary wkleiłem od razu nadając im odpowiedni kąt. Najwięcej obróbki wymagała dolna część kadłuba, dotyczy to obu modeli. Najpierw szpachlowanie klejem ca i obróbka papierami ściernymi na mokro, potem ta sama operacja za pomocą płynnej szpachlówki i tak do skutku, aż byłem zadowolony. Koniec prac nad kadłubami zakończyło wklejenie usterzenia. W przypadku Hansy na tym etapie prac było jedynie wciśnięte w kadłub, żeby ładniej wyglądało, a wkleić je na stałe postanowiłem dopiero po zakończeniu malowania.

Montaż dolnego płata...to właściwie nic wielkiego, gdyby nie fakt, że żywica lubi się wypaczać pod wpływem czynników zewnętrznych. Groziło to zwłaszcza Hansie, maszynie o dosyć sporej rozpiętości. Płaty należało więc usztywnić, co by oba modele w przyszłości nie oklapły. W obu płatach Hansy, po nawierceniu otworów pod naciągi wyżłobiłem rowek przez całą jego rozpiętość, na tyle głęboki, aby bez problemu umieścić tam kawałek stalowego pręta pochodzącego ze starego parasola. Również żywiczne kołki (które się zresztą poułamywały) zastąpiłem kawałkami drutu. Płaty wkleiłem w następującej kolejności: najpierw pręt wkleiłem w jeden z płatów i po wyschnięciu kleju przełożyłem pręt przez otwory w kadłubie i płat przykleiłem do kadłuba. Następnie wkleiłem drugi płat. Potem nastąpiło szpachlowanie i obróbka miejsc wklejenia pręta i próba odtworzenia faktury płótna. Nie do końca udana zresztą. FF-33L miał znacznie mniejszą rozpiętość dolnego płata i nie wymagał tak drastycznych zabiegów. Kołki zastąpiłem otworami nawierconymi w płacie na długość wiertła i przykleiłem do kadłuba. Na tym etapie pokleiłem również górne płaty w obu modelach. Lotki wykonałem jako wychylone. Płat Hansy zagruntowałem beżową emalią, nanosząc ja płaskim pędzlem w poprzek płata. Po wyschnięciu od spodu zaznaczyłem markerem imitację żeber.

Hansa Branenburg MW - zdjęcia z budowy.

Przygotowanie do malowania było następnym etapem budowy obu modeli. Bałem się trochę malować akrylami bezpośrednio na żywicę, więc zastosowałem podkład. Z uwagi na różnice w malowaniu Hansę zagruntowałem beżową emalią, mocno rozcieńczoną, nakładaną płaskim szerokim pędzlem, zaś Frich pokryty został Surfacerem Tamiyi w sprayu. To dobry produkt, choć capi straszliwie :). Malowanie Hansy zacząłem od pomalowania aerografem płatów kolorem płótna. Korzystałem w farb polimerowych z palety włoskiego Misterkita. Nie posiadałem koloru German SDL, więc wykorzystałem jego francuski odpowiednik dodając na oko brązowego tak aby, uzyskać zadowalający efekt. Kadłub pokryłem farbą „Wood” z palety Vallejo Model Air. Za pomocą pędzla położyłem dwie warstwy, pierwszą niemal wtarłem, zaś drugą nakładałem cienkim pędzelkiem tak aby uzyskać efekt słojów, faktury drewna. Następną czynnością było nałożenie brązowej emalii, niezawodna i tym razem była metoda suchego pędzla. Brązową emalię nakładłem pod różnym kątem w zależności od panelu, jaki akurat malowałem – pionowo, poziomo pod skosem. W miejsca łączenia poszczególnych paneli wtarłem brązowy suchy pigment Talena i całość pokryłem warstwą Sidoluksu. Potem nałożyłem kalki, które również zabezpieczyłem Sidoluksem. Malowanie Fricha ograniczyło się do pokrycia całości farbą German Naval Blue Gray Misterkita i nałożeniu kalek. Farba po wyschnięciu dała satynowy połysk i kalkomaniom wystarczył jedynie płyn zmiękczający. Miejsca łączenia paneli przetarłem również suchym pigmentem. Ostatnie czynności to pomalowanie osłon silników w obu modelach na srebrno, zapuszczenie czarnej farbki we wszystkie możliwe linie, i pomalowanie steru kierunku we Frichu kolorem białym. W obu modelach postanowiłem odtworzyć zużycie powierzchni krytych płótnem, odbarwienia, zabrudzenia czy wypłowienia. Najpierw zacząłem wcierać pędzlem jasny CDL francuski. Ku memu miłemu zaskoczeniu okazało się że polimerowe farby Misterkita całkiem ładnie poddają się takiemu zabiegowi, więc w kilka miejsc wtarłem również inne odcienie – jasny szary i brązowy. Podobnie potraktowałem szare płaty w FF-33L, tu już się nie pieściłem, na zachowanym zdjęciu prawdziwej maszyny widać wyraźnie, że maszyna ta nosiła na płatach spore ślady zużycia. Jasny szary kolor wtarłem również w dolne części kadłubów obu modeli, uzyskałem w ten sposób imitację osadu z soli morskiej.

Friedrichshafen FF-33L zdjęcia z budowy

Montaż górnego płata to jedna z najtrudniejszych operacji przy budowie wielopłatów, w przypadku ciężkich żywicznych odlewów, było to znacznie trudniejsze niż w modelach z polistyrenu. Pewnie powklejałbym wszystkie zastrzały i starałbym się osadzić na nich płat, klnąc przy tym siarczyście i wcale by nie wyszło to jak powinno. Ponownie skorzystałem z rad kolegi. Montaż płata w Hansie przebiegał mniej więcej tak: Zacząłem od przygotowania odpowiedniej ilości zastrzałów, o czym była mowa wczesniej. Następnie wkleiłem piramidkę zastrzałów kadłubowych. Po dokładnym wyschnięciu kleju mogłem zacząć wklejać płat. Położyłem go na płaskiej, równej powierzchni dolną stroną do góry. Po kilku przymiarkach przykleiłem do płata resztę samolotu, uważając aby zachować poprawność geometrii płatowca. Gdy byłem pewien, że wszystko jest ok, a klej dobrze związał zacząłem wklejać zastrzały skrzydłowe. Na pierwszy ogień poszły pary wewnętrzne i potem dalej do końców płatów. Wyszło tak jak powinno, ale górny płat na zastrzałach jeździł we wszystkie strony, trząsł się jak galareta.Konieczne zatem było wykonanie od razu naciągów. Zrobiłem je z żyłki wędkarskiej 0,4mm. Sama technologia nie była zbyt skomplikowana – pęsetą przewlekałem kawałki żyłki przez otwory w płacie najpierw z jednej strony, potem kropla kleju, po zaschnięciu przewlekałem żyłkę przez otwór w drugim płacie, naciągałem i wpuszczałem w otwór trochę kleju. Końcówki żyłki odcinałem żyletką. Tak wykonałem naciągi pomiędzy zastrzałami. Te wzdłuż płatów wykonałem z długich kawałków żyłki, które przeplatałem jak na zdjęciu z prawej. Niewielkie pętelki żyłki miały mi potem ułatwić ich odcięcie. Po wykonaniu wszystkich naciągów, poodcinałem zbędne kawałki żyłki, zaś otwory w płatach zaszpachlowałem i obrobiłem. Linki naciągów pomalowałem metalizerem Gun Metal, uważając aby nie skleiły się z sobą w miejscach krzyżowania się.Ostatnie czynności to nałożenie kalkomanii, trzeba było uważać, bo w obu modelach były bardzo cienkie i delikatne, oraz przetarcie suchym pigmentem imitacji żeber. Po tych zabiegach płaty zostały pokryte matowym werniksem Vallejo.


 W identyczny sposób przebiegał montaż górnego płata w FF-33L. Wykonanie naciągów w powyżej opisany sposób doskonale usztywniło całą skrzynię płatów, nic już nie jeździło, ani się ni trzęsło. Naciągi były więc nie tylko modelarskim gadżetem ale spełniały takie samo zadanie jak w prawdziwych samolotach – usztywniły całą konstrukcję. Ostatnią czynnością było pomalowanie zastrzałów odpowiednimi kolorami – we Frichu jasnoszaro zielony, a Hansie – aluminium.
Montaż pływaków to również operacja od której zależał w dużej mierze ostateczny wygląd budowanych przeze mnie replik, jeden zastrzał przyklejony w niewłaściwym miejscu lub pod złym kątek mógł zaważyć na losie całego projektu. Dodatkowym utrudnieniem było to, że obaj producenci nie zaznaczyli miejsc gdzie należało wkleić zastrzały, ani na kadłubach, ani na pływakach. Posiłkując się planikami z instrukcji nawierciłem otwory w odpowiednich miejscach. Pływaki zostały sklejone i obrobione podobnie jak kadłuby obu modeli. Większość zastrzałów wymieniłem na polistyrenowe wykonane od podstaw. Ponieważ w Hansie nie wszystko pasowało jak należy, musiałem podzielić stelaż na dwa segmenty i montować osobno, wzmacniając dodatkowo zastrzały kawałkami cienkiego drutu. W FF-33L większych problemów nie było. Malowanie i brudzenie przebiegało tak jak w przypadku kadłubów, w przypadku Hansy pędzel, w przypadku Fricha aerograf. Ostateczny montaż pływaków przebiegał w ten sposób, że układałem model na płaskiej równiej powierzchni do góry nogami i wklejałem poszczególne zastrzały w odpowiednie miejsca, przez cały czas sprawdzając, czy nic się nie skrzywiło czy zwichrowało. Najpierw wkleiłem pływak prawy, a potem po dopasowaniu rozpórek między pływakami, lewy. Ostatnią czynnością było wykonanie naciągów, które dodatkowo usztywniły całą konstrukcję. Pływaki we Frichu wkleiłem w ten sam sposób, z tym że miałem od razu sklejony cały zespół, co było mniej pracochłonne niż w przypadku Hansy. Na sam koniec beżowa emalią przetarłem pływaki w miejscach, gdzie zdarzało się chodzić pilotom lub obsłudze.


Prace końcowe to już był czysty relaks. Nie musiałem się stresować, bo najważniejsze etapy budowy miałem już za sobą, a budowane repliki nabrały odpowiednich kształtów.W przypadku Hansy było to śmigło, osprzęt silnika, chodniki na dolnych płatach i chłodnica wraz ze zbiornikiem,FF-33L otrzymał praktycznie te same elementy i makietę karabinu maszynowego Parabellum Mk 14 na obrotnicy. Oba modele producenci wyposażyli w makiety wózków i kozłów, które nie wymagały specjalnego nakładu pracy – skleić i pomalować. Sklejone modele postawiłem na wózkach, podparłem kozłami, kończąc w ten sposób w ten sposób swój debiut z modelami żywicznymi. Trochę się tego obawiałem, ale jak widać dałem radę. Było to bardzo ciekawe doświadczenie modelarskie, poza tym, że nieco inna technologia budowy modeli, to jeszcze zupełnie inne sylwetki. Powstały dwa stylowe, można powiedzieć pełne romantyzmu hydroplany, co było dla mnie bardzo fajną odskocznią od klejonych do tej pory Fok, Spitów czy Messerów.
Na zakończenie kilka uwag odnośnie historii obu hydroplanów. Były one jednymi z pierwszych maszyn użytkowanych w Bazie Lotnictwa Morskiego (BLM) w Pucku, późniejszego MDLotu. Trafiły tam w 1920r. za pośrednictwem firmy spedycyjnej inż Utgoffa z Wolnego Miasta Gdańska.


O tym w jaki sposób pozyskiwano maszyny najlepiej świadczyć może cytat z książki A. Celarka pt. „Morski Dywizjon Lotniczy, wspomnienia pilotów” (Wyd. DJ, Gdańsk 2002): „Transakcje te właściwie były nielegalne. Niemcy byli zobowiązani warunkami traktatu wersalskiego do zniszczenia wszystkich samolotów wojskowych, a ich sprzedaż czy użytkowanie były im zabronione. Jednak w początkowych latach dwudziestych Niemcy szachrowali jak się dało. Powstawały różne niby to cywilne linie lotnicze, które nie przewiozły ani jednego pasażera, a ich prawdziwa działalność polegała na przejmowaniu samolotów wojskowych, przelatywaniu na nich poza granicę i sprzedawaniu ich jako samoloty cywilne. Tak handlowano przede wszystkim ze Szwecją, a z braku innych możliwości, z tego rodzaju sekretnych usług korzystała i Polska. Jacyś piloci niemieccy przeprowadzali tak zakupione maszyny lotem z Gdańska do Pucka. Było to niedaleko, sprawę można więc było załatwić dyskretnie i tanio.” Tak właśnie do Pucka trafiły oba hydroplany, oddały nieocenione usługi jeśli chodzi szkolenie pilotów, obserwatorów i całej kadry tworzącego się Polskiego Lotnictwa Morskiego. Friedrichsafen FF-33L pełnił służbę w charakterze lekkiego bombowca do października 1921r. kiedy to został rozbity w rejonie Gdyni podczas próby wodowania przy wysokiej fali i silnym bocznym wietrze. Chorąży marynarki A. Stempkowowski wyszedł z kraksy z niewielkimi obrażeniami. Hansa Brandenburg NV wchodziła w skład BLM-u do 1924r. Prawdopodobnie później była wykorzystywana jako rooler – pozbawiony płatów ślizgacz do treningu manewrowania wodnopłatem po powierzchni wody. Wkład w historię Polskich Skrzydeł z jednej strony mały, zaś z drugiej strony jakże wielki.

Dziękujemy firmie ARDPOL za udostępnienie modelu na potrzeby artykułu.

Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski

Partnerzy

                 
             
                 

 

Kluby modelarskie