Koszaliński Portal Modelarski

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Stalowe trumny

Email Drukuj PDF

Początkowo ten artykuł miał być zatytułowany „Hotel Hiroszima” i dotyczyć tylko historii radzieckiego okrętu podwodnego K-19. Ponieważ na warsztacie obok rzeczonego K-19 wylądował również K-141 Krusk wygrzebany w moim magazynie przez córkę Wiktorię, zmieniłem tytuł na bardziej wyświechtany, ale doskonale pasujący do obu okrętów które stały się miejscem śmierci wielu marynarzy. Postanowiliśmy zatem wspólnie wybudować oba modele, a przy okazji 11 letnia Wiki mogła zdobyć nowe doświadczenia jako początkujący modelarz, a ja jako „instruktor” w domowej modelarni. Zarówno Kursk jak i K-19 to zestawy wyprodukowane w skali 1/350 przez rosyjską Zvezdę. Zestawy dość proste i nieźle opracowane. Ponieważ nie natknąłem się na żadne zestawy do ich waloryzacji, postanowiliśmy przeprowadzić ją we własnym zakresie. Niewielkim zresztą.  Dlatego relacja ta będzie przypomnieniem dwóch wielkich katastrof morskich z modelarską ilustracją.

HOTEL HIROSZIMA   
Prace nad pierwszymi atomowymi okrętami podwodnymi, nosicielami pocisków balistycznych rozpoczęto z ZSRR w 1956 r. w biurze konstrukcyjnym CKB-18. Podstawą  były jednostki projektu 627 (klasa November w terminologii NATO). W założeniach miały stanowić atomowy odpowiednik okrętów projektu 629 (klasa GOLF). Pracami zespołu kierował inż. S.N. Kowaliow. Projekt techniczny powstał na początku 1957 roku, zaś budowę pierwszego okrętu rozpoczęto w stoczni nr 402 w Siewierodwińsku 17 października 1958 roku. Nowe jednostki określono jako projekt 658 (klasa HOTEL).

K-19 w początkowym okresie służby. Wyraźnie widoczny numer burtowy 271.

 Zaprojektowano je jako jednostki dwukadłubowe, charakteryzujące się dużą dzielnością morską, która była niezbędna dla prawidłowego startu rakiet balistycznych R-13 (w kodzie NATO SS-N-4 Sark). Trzy wyrzutnie takich rakiet, stanowiących podstawowe uzbrojenie ofensywne okrętu umieszczono w dużym opływowym kiosku. Ponadto uzbrojenie stanowiły cztery wyrzutnie torped kal. 533 mm, umieszczone w części dziobowej, oraz cztery wyrzutnie kal. 400 mm, które rozmieszczone po dwie na dziobie i rufie. Kadłub podzielono na 10 przedziałów wodoszczelnych. Dwa reaktory jądrowe chłodzone wodą o mocy 70 MW każdy, mieściły się w przedziale szóstym. Wytwarzały one parę dla dwóch turbin parowych napędzających dwie ośmiołopatowe śruby. Okręty projektu 658 miały długość 114m., szerokość 9,2m,wyproność na powierzchni - 4080 ton w zanurzeniu - 5242 ton  Załogę stanowiło 125 oficerów i marynarzy.

   
Sklejenie obu modeli nie było zbyt skomplikowane, części były dobrze spasowane, dlatego też ja ograniczyłem się do wycięcia i oczyszczenia poszczególnych części a somo klejenie zostawiłem Wiktorii. Sam potem obrobiłem i zaszpachlowałem miejsca łączenia, tam gdzie to było konieczne. Cała budowa przebiegała według tego schematu, córce zostawiałem najbardziej atrakcyjne czynności, podczas, gdy „modelarską czarną robotą” zajmowałem się sam. Chodziło o to, żeby klejenie modelu było oryginalną i atrakcyjną formą zabawy i córka nie została zniechęcona na samym początku. Jednakże wszystkie kluczowe decyzje odnośnie tego co i w jaki sposób robimy podejmowaliśmy wspólnie.

 

   
Tak właśnie było z drobnymi przeróbkami, których wymagały oba modele. Kursk wymagał przerobienia dolnego steru kierunku, zastąpienia pojedynczego zdwojonym, zaś w K-19 konieczne było wykonanie wyoblenia na kiosku, kryjącego mechanizm podnoszenia pokryw luków rakietowych. To ostatnie zostało zrobione i kawałka  polistyrenu, który zalałem kilkoma warstwami szpachlówki Gunze i po wyschnięciu obrobiłem nadając odpowiedni kształt. Wyciąłem również otwór pomostu manewrowego w szczycie kiosku.

Pierwszy z ośmiu zbudowanych okrętów oznaczono K-19 i zwodowany 11 października 1959 r. Od samego początku miał on opinię jednostki pechowej, już w trakcie budowy doszło do szeregu tragicznych wypadków, sześć kobiet zatruło się oparami, w wyniku pożaru zginęło dwóch robotników, później pokrywa luku rakietowego zmiażdżyła elektryka. Na domiar złego w kulminacyjnym momencie uroczystości „Chrztu” butelka szampana, zamiast roztrzaskać się o kadłub, ześlizgnęła się po rufie. W połączeniu z faktem, iż okręt nie miał matki chrzestnej, kobiety jak nakazywała morska tradycja, a butelkę rzucał jeden z oficerów, odebrano to jako zły omen, który nie raz jeszcze dał o sobie znać. W  kwietniu 1960r. Podczas przeprowadzania prób stoczniowych nastąpiła awaria w jednym z reaktorów. Podczas rejsu próbnego w sierpniu 1960 roku, w trakcie zanurzenia na 300m w jednym z przedziałów wystąpił przeciek. Okręt uratowało awaryjne wynurzenie, potem okazało się, że zwiodła niechlujnie zamontowana uszczelka. Te dwa wypadki opóźniły czas przyjęcia okrętu do służby. Ostatecznie nastąpiło to w dniu 12 listopada 1960 roku. Okręt pełnił swą służbę we Flocie Północnej. Dowódcą mianowany został kapitan I rangi Nikołaj Zatiejew. W kwietniu 1961 r. omal nie doszło do zderzenia K-19 z amerykańskim okrętem podwodnym. W czerwcu tego roku K-19 wypływa w miesięczny rejs na Atlantyk. Jego zadaniem było odegranie roli amerykańskiego okrętu rakietowego w grze wojennej symulującej prawdziwy konflikt. Polegało ono na wypłynięciu na ocean niepostrzeżenie dla sił NATO, a następnie przedostać się pod lodem Cieśniną Duńską na Morze Barentsa i stamtąd dokonać odpalenia ćwiczebnej rakiety w kierunku radzieckiego terytorium. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Do czasu. W dniu 4 lipca 1961 r. nad ranem kapitan I rangi Nikołaj Zatiejew otrzymał dramatyczny meldunek: „W prawym reaktorze ciśnienie spadło do zera”. Doszło do przerwania systemu chłodzenia. Wskazówka temperatury reaktora wykroczyła poza skalę, rozgrzewał się on teraz bez żadnej kontroli. Wszyscy byli świadomi powagi sytuacji, wszystkie przebyte szkolenia przewidywały taką ewentualność. Przegrzanie rdzenia jego stopienie mogło skutkować wybuchem termicznym, eksplozją o nie tak niszczycielskich skutkach jak wybuch jądrowy, ale bardzo niebezpiecznej dla środowiska.

K-19 na Atlantyku. Zdjęcie zostało wykonane najprawdopodobniej już po awarii reaktora i ewakuacji załogi. Jak widać okręt nie miał w tym czasie już numerów wymalowanych na kiosku.

W szczytowym okresie zimnej wojny, skażenie oceanu nie było jednak nie było tak istotne jak inne zagrożenia. Do awarii na K-19 doszło podczas wzrostu napięcia wokół sytuacji w Berlinie, a oba supermocarstwa – USA i ZSRR były praktycznie gotowe do wojny. Sytuację pogarszał fakt, iż niedaleko znajdowała się stacja radiowa NATO na wyspie Jan Mayen. Pojawienie się w jej pobliżu okrętu z głowicami nuklearnymi na pokładzie rodzi obawę, że Pakt odbierze to jako prowokację albo wręcz akt agresji. Reaktor musi zostać zatem schłodzony. Zatiejew daje rozkaz wynurzenia okrętu. Próbuje nawiązać łączność z dowództwem i zameldować o awarii, lecz uszkodzona antena dalekiego zasięgu uniemożliwia mu to. Tymczasem ciśnienie w reaktorze spadło, a chłodziwo zaczęło wrzeć. Doszło do samoczynnego wyłączył się reaktora. Temperatura w przedziale reaktora osiągnęła 140 °C. a promieniowanie w pomieszczeniu kontrolnym wzrosło do 50 R/h. System awaryjnego chłodzenia nie zadziałał, zresztą w takiej sytuacji byłby niewydajny. Kapitan zdawał sobie sprawę, że reaktor musi być schłodzony, a jedyna możliwość to naprawa systemu chłodzenia we własnym zakresie. Na okręcie w tym czasie rosło promieniowanie. Paliwo w reaktorze osiągnęło maksymalną temperaturę 800 °C Pojawił się wtedy pomysł zaimprowizowanego systemu chłodzenia, w postaci dospawania do reaktora rury doprowadzającej wodę. Jednakże jego realizacja wymagała wejścia do napromieniowanego przedziału. Zarówno dowódca jak i marynarze ochotnicy dobrze wiedzieli, że wejście do tego przedziału oznacza pewną śmierć. Wtedy okazało się, że na okręcie nie było specjalnej odzieży chroniącej przed promieniowaniem. Marynarze wchodzili zatem do komory reaktora w skafandrach przeciwchemicznych i maskach przeciwgazowych, choć nie mogły one dać im przed radiacją żadnej ochrony. Innej odzieży ochronnej na okręcie po prostu nie było. Pracowali na zmianę po 5 do 10 minut. Byli to właściwie jedynie ludzie, zbliżali się w taki sposób do rdzenia reaktora i widzieli z tak bliska błękitną poświatę tak zwanego promieniowania Czerenkowa. Podczas spawania instalacji, nad stosem atomowym pojawiło się również inne zjawisko niewidziane dotychczas - niebiesko-fioletowy płomień, który udało się ugasić. Pracujący w komorze reaktora marynarze przyjęli śmiertelną dawkę promieniowania. Wystarczyło 5 minut pracy w silnie skażonym pomieszczeniu, aby zapadali na chorobę popromienną w najostrzejszej postaci. Z komory reaktora wychodzili puchnący i poparzeni. Byli trudni do rozpoznania, z ich ust sączyła się żółć, a pocili się krwią. Wyli z bólu, pozostawali przytomni i świadomi. Ośmiu marynarzy którzy własnymi rękami naprawiali uszkodzony układ chłodzenia reaktora, zmarło w mękach po tygodniu, góra kilkunastu dniach. Dotarcie do bazy Zapadnaja Lica nie wchodziło w grę, gdyż odległość wynosiła ponad 2,5 tys. km. W przypadku rejsu do tej bazy Zatiejew, skazałby na śmierć resztę załogi. Podwyższone promieniowanie cały czas rozprzestrzeniało się po okręcie, narażona była cała załoga, ponad 130 osób. W nadziei spotkania innych radzieckich okrętów biorących udział w manewrach, kapitan rozkazał płynąc na południe. Wkrótce doszło do spotkania z okrętem podwodnym S-270 o napędzie spalinowo - elektrycznym, który zdjął ponad połowę załogi. Pozostałą część ewakuowano wkrótce na inną jednostkę. Załoga opuściła K-19 w niecałą dobę po awarii. Marynarzy przebadani oraz poddano zabiegom dezaktywacyjnym, w praktyce zmywano z nich skażenie. Na lądzie podzielono ich, z uwagi na różny stopień napromieniowania, pomiędzy wojskowe instytuty, szpitale i sanatoria. Tam w wyniku choroby popromiennej umierali kolejni członkowie załogi.

Okręt podwodny projektu 658 na morzu.

 W tym czasie dowództwo floty usiłowało zrobić z kapitana Zatiejewa kozła ofiarnego i obarczyć go winą za awarię. Zarzucano mu porzucenie okrętu. Doszło nawet do tego, że jeden z dowódców Floty Północnej rozkazał zniszczyć pomnik, wzniesiony na jednym z nadbrzeży przez rezerwową załogę K-19 na cześć poległych kolegów. Przeprowadzone śledztwo wykazało, że zarówno kapitan Zatiejew jak i jego załoga nie mogli się w kryzysowej sytuacji zachować lepiej. Ujawniło za to konstrukcyjne i instalacyjne błędy w systemie reaktora, które były rzeczywistą przyczyną awarii. Okazało się bowiem, że podczas prac w stoczni nie zabezpieczono należycie rur systemu chłodzenia. Podczas prac spawalniczych padały na nie krople roztopionego metalu, co w efekcie doprowadziło później do powstania pęknięć. Wyniki śledztwa utajniono jednak na lata. Dowództwo nie chciało zniechęcać potencjalnych kandydatów do służby na okrętach z napędem atomowym. O przyczynach awarii nie poinformowano także dowódców innych okrętów atomowych, stwierdzono, ze przyczyną awarii był nieszczęśliwy wypadek. Marynarzom z K-19 przyznano w końcu państwowe odznaczenia. Zatajono również fakt, że marynarze w wyniku awarii cierpieli na chorobę popromienną. Komisje lekarskie wpisywały do akt, że wszyscy badani marynarze cierpieli na „zespół asteno-wegetatywny” czyli dolegliwości na tle psychicznym. Tego rodzaju wpisy stanowiły trwałą skazę w aktach osobowych. W ciągu następnych dwóch lat zmarło jeszcze 14 członków załogi, natomiast pozostali cierpieli na mniej lub bardziej poważne dolegliwości zdrowotne związane z napromieniowaniem. Kapitan Zatiejew nie objął już dowództwa okrętu podwodnego. Pełnił natomiast funkcję zastępcy dowódcy dywizjonu atomowych okrętów podwodnych Floty Północnej. Po ciężkiej chorobie płuc zmarł w 1998 r. Pochowany został na Cmentarzu Kuźmińskim w Moskwie, wśród poległych marynarzy z K-19. Tam również w latach 90-tych postawiono pomnik upamiętniający śmierć marynarzy.

 

Pozostałe zmiany w obu modelach były kosmetyczne. W Kursku postanowiliśmy pozostawić otwarte tylko jedno stanowisko pocisków manewrujących kompleksu Granit. W tym celu trzeba było rozciąć na segmenty przewidziana jako jeden element pokrywę dla wszystkich wyrzutni, oraz zrobić imitację faktury wewnętrznego kadłuba. Do tego posłużyły profile Evergreena. Trzeba było również poprawić fakturę powierzchni na dziobie i pokrywy wyrzutni torpedowych. Te ostatnie zostały wykonane w samoprzylepnego papieru.
 
W przypadku K-19 zmian było jeszcze mniej, kiosk i pokład otrzymały handrelingi. Podobnie zresztą jak kiosk na Kursku. W praktyce były to tylko kawałki polistyrenu wyciągniętego nad ogniem. Nie odtwarzaliśmy dokładnie poręczy, tu trzeba barć poprawkę na skalę modeli, bałem się, że coś przekombinujemy, a efekt może być groteskowy.

K-19 przeżył większość ze swojej załogi. Odholowany został do bazy w Polarnym koło Murmańska. Silne napromieniowanie powodowało skażanie wszystkiego w promieniu 700 m, Uznano jednak, że bardziej opłaca się odkażanie i remont niż złomowanie. Prace trwały przez trzy lata. Okręt odkażono, w ramach prac remontowych wymieniono uszkodzony reaktor. K-19 został w końcu przywrócony do służby, lecz nie oznacza to jego pech nie dawał o sobie znać. Doszło jeszcze do dwóch poważnych wypadków z udziałem tej jednostki. 15 listopada 1969r. na Morzu Barentsa doszło do kolizji K-19 z amerykańskim okrętem podwodnym USS Gato (SSN-615, klasa Permit), jednakże tym razem obyło się bez poważniejszych uszkodzeń. Znacznie bardziej brzemienny w skutkach był wypadek z 24 lutego 1972r. Wtedy to, na pokładzie przebywającego w zanurzeniu około 1300 km na północny wschód od wybrzeży Nowej Fundlandii K-19 wybuchł pożar. Zapalił się olej hydrauliczny i na pokładzie zanurzonego okrętu wybuchł pożar W wyniku akcji ratunkowej, okręt uratowano, jednak zginęło 28 marynarzy. W 1979r. zmieniło się przeznaczenie i oznaczenie jednostki okrętu. K-19 został przemianowany KS-19 i stał się okrętem łącznościowym. Funkcję tę pełnił do 1991 r. kiedy to został wycofany z linii i złomowany. Przez cały okres służby nosił nieoficjalną, nadaną przez marynarzy nazwę „Hiroszima”.

JAK PODAJE AGENCJA ITAR TASS…
…atomowy okręt podwodny Kursk podczas manewrów Floty Północnej na Morzu Barentsa doznał poważnych uszkodzeń i osiadł na dnie. Tę wiadomość pamiętam jak dzisiaj, był 12 sierpnia 2000r. spędzałem z rodziną urlop nad morzem. Byłem odcięty od własnej dokumentacji i nie nawet nie kojarzyłem nazwy Kursk z konkretnym typem okrętu. Nie mniej jednak od początku coś nie pasowało mi w informacjach podawanych przez media za rosyjską agencją. Bo co to znaczy „osiadł na dnie”? Owszem okręty podwodne czasami stosują tego typu manewr, zazwyczaj dla zmylenia przeciwnika, ale są wtedy w pełni sprawne. W przypadku Kurska mogło to oznaczać właściwie tylko jedno – zatonięcie, o czym wtedy nie mówiono w sposób wyraźny i dosłowny. Uszkodzony okręt leży na dnie i trwa akcja nawet nie ratunkowa, ale mająca na celu nawiązanie kontaktu z załogą. Wtedy podano również, że Kursk był okrętem należącym do projektu 949a (w nomenklaturze NATO – Oscar II).

 
Jedne z pierwszych opublikowanych na Zachodzie zdjęć okrętu projektu 949 (Oscar I). Wyraźnie widoczne gumowe płyty dźwiękochłonne, którymi pokryto okręt i które później utrudniły zlokalizowanie wraku Kurska.

Były to potężne jednostki o długości 155m i pełnej wyporności 16400 ton. Zaprojektowane jako nosiciele pocisków manewrujących i przeznaczone były do niszczenia grup lotniskowcowych Państw NATO. Rozwijały prędkość 32 węzłów w zanurzeniu, zaś ich załogi liczyły po 110 oficerów i marynarzy. Napęd stanowiły dwa reaktory chłodzone wodą o mocy 98 tys. KM każdy. W ZSRR, a później w Rosji określano je również jako atomowe podwodne krążkowniki rakietowe. Okręty projektu 949a uzbrojone były w 6 wyrzutni torpedowych oraz 24 wyrzutnie manewrujących pocisków przeciw okrętowych kompleksu P-700 Granit. Budowę "Kurska" rozpoczęto w 1992r. w stoczni Siewmasz (Siewiernoje Maszynostroitielnoje Priedprijatije) w Siewierodwińsku niedaleko Archangielska. Budowa została oficjalnie ukończona w grudniu 1994r., a okręt wcielono w skład Floty Północnej. Ponieważ okręty projektu 949a należały do najnowocześniejszych w Marynarce Wojennej Rosji a zarazem najpotężniejszych na świecie widomość o awarii obiegła niemal cały świat lotem błyskawicy, zaś wszyscy mający choć trochę pojęcia o atomowych okrętach podwodnych zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji na Morzu Barentsa. Na oczach całego świata rozgrywał się dramat marynarzy, doszło do jednej z największych katastrof morskich w historii. Jak do tego doszło?

Okręt podwodny projektu 949a w doku, wyraźnie widoczne zdwojone dolne stery kierunku, czego zabrakło w modelu Zvezdy.

Latem 10 sierpnia 2000r. Flota Północna miała rozpocząć wielkie letnie manewry na Morzu Barentsa. Brało w nich udział około 30 jednostek nawodnych w tym 6 podwodnych oraz lotnictwo. Rola Kurska, dowodzonego przez Kpt I rangi G. Laiczina, podobnie jak i 5 pozostałych okrętów podwodnych polegać miała na odpaleniu dwóch torped ćwiczebnych w kierunku eskadry jednostek nawodnych. Celem Kurska miał być flagowiec Floty Północnej, krążownik rakietowy Piotr Wielikij. Jedną z przeznaczonych do ćwiczeń, była najprawdopodobniej torpeda typu 298A PV kalibru 650 mm. Do napędu tej torpedy zastosowano stężony nadtlenek wodoru tzw. HTP oraz naftę. W dniu 2 sierpnia 2000r. o 7:28 czasu uniwersalnego (11:28 czasu moskiewskiego) w przygotowywanej do strzału torpedzie doszło do wycieku HTP poprzez wadliwie wykonany spaw. Właściwości HTP w reakcji z metalem doprowadziły do eksplozji o sile prawie 100 kilogramów trotylu, która wywołała wstrząs o sile 1,5 stopnia Richtera. Przy zamkniętym luku torpedowym jej siła skierowana by została na zewnątrz wyrzutni przez dziób okrętu, nie powodując większych szkód, lecz pech chciał, że akurat w chwili wybuchu luk tylna pokrywa luku wyrzutni nie była domknięta, wykonywano ostatnie czynności przed jej zamknięciem. W wyniku wybuchu została ona wyrwana z wyrzutni i odrzucona w głąb przedziału. Eksplozja zabiła na miejscu załogę przedziału torpedowego i spowodowała silny pożar, który przez szyb wentylacyjny rozprzestrzenił się  na kolejne przedziały zabijając większość załogi w następnych przedziałach i centrali. Szalejący pożar spowodował wywołał jednoczesną eksplozję 7 kolejnych torped. Była godzina 11:30, wybuch miał siłę 3,5 stopnia w skali Richtera. Fala uderzeniowa tej eksplozji zdemolowała praktycznie całe wnętrze okrętu aż do przedziału reaktorów atomowych. Zostały one wyłączone, nie widomo czy automatycznie, czy w ostatniej chwili wyłączył je główny mechanik. Jednocześnie przez uszkodzoną część dziobową do wnętrza okrętu zaczęła się wdzierać woda morska. Kursk zatonął na głębokości 108 metrów na pozycji 69°37'00" N i 37°34'25" E. uderzając dziobem o dno morskie.

Okręt podwodny Kursk w morzu.

Automatyczna boja sygnalizacyjna, która powinna samoczynnie uwolnić się, wskazując położenie wraku pozostała na swoim miejscu, według niektórych hipotez na czas manewrów mogła zostać dezaktywowana. Tym czasem we wnętrzu Kurska pozostali jeszcze żywi ludzie. W dziewiątym przedziale zgromadziło się w sumie 23 marynarzy i pod dowództwem najstarszego stopniem kpt III rangi D. Kolesnikova oczekiwało na pomoc. Zapasów tlenu, wody i żywności mieli na kilka dni.  Ponieważ reaktory atomowe były wyłączone, a zasilanie awaryjne było na wyczerpaniu, ludzie pozostawali w całkowitych ciemnościach i ze zmniejszającą się ilością tlenu. Próba wydostania się na powierzchnię morza poprzez właz ewakuacyjny, obarczona była zbyt dużym ryzykiem. Marynarze musieli mieś pewność, że nad wrakiem muszą znajdować się jednostki, które od razu podejmą ich na pokład. Marynarze używali chemicznych zestawów do regeneracji powietrza, oczyszczały je z dwutlenku węgla i wzbogacały go jednocześnie w tlen. Miały jednak zasadniczą wadę, przy kontakcie z wodą lub ropą następował ich samozapłon. Najprawdopodobniej przypadkowe zamoczenie jednego z takich zestawów wywołało pożar w przedziale i pozbawiło marynarzy tlenu i napełniło pomieszczenie tlenkiem węgla. Zginęli wszyscy w wyniku zatrucia, przed śmiercią D. Kolesnikov, zanotował nazwiska 23 marynarzy i zostawił ostatnią notatkę, której treść stała się powszechnie znana:
„Jest zbyt ciemno, ale spróbuję pisać po omacku. Chyba nie ma szans, 10-20 procent. Mamy nadzieję, że ktoś to jednak przeczyta. Poniżej jest lista ludzi z załogi innych przedziałów, którzy zgromadzili się w dziewiątym i będą próbowali wyjść. Pozdrowienia dla wszystkich, nie trzeba rozpaczać. Kolesnikov”.

 

Malowanie poprzedziło pokrycie obu modeli podkładem, a właściwie podkładami. Góra to czarny Vallejo, zaś dół biały Citadel. Potem białym kolorem pomalowane zostały miejsca gdzie przebiegała linia wodna, zaś w Kursku dodatkowo otwarty przedział Granitów. Po wyschnięciu farby, to co miało pozostać białe zostało zamaskowane taśma Tamiyi.
 
Potem przyszła pora na zasadniczy kolor nawodnych części obu modeli. Była to mieszanka kolorów Black Grey oraz Black w stosunku 1/1. Tą mieszaniną wymalowane zostało również coś w rodzaju preshadingu na dolnej części kadłubów.

Sonary na pozostałych jednostkach uczestniczących w manewrach zarejestrowały obie eksplozje na Kursku, lecz nikt nie zgłosił tego. Wszyscy uważali, że to jeden z elementów  zaplanowanych ćwiczeń. Dopiero wieczorem, kiedy pozostałe 5 okrętów podwodnych zdało swoje raporty ze strzelania torpedowego, zaś Kurskiem nie można było nawiązać kontaktu, wszczęto akcję poszukiwawczą. Było to utrudnione z uwagi na pokrywające kadłub okrętu podwodnego płyty dźwiękochłonne wykonane z gumy, mające na celu utrudnienie wykrycia go przez sonar. Dopiero następnego dnia rano sonary na krążowniku Piotr Wielikij lokalizują wrak. Około godziny 8:40 na miejsce katastrofy przypływa statek ratowniczy „Michaił Rudnicki”. Wtedy okazuje się, że Rosja nie dysponuje nowoczesnym batyskafem, gdyż dwie najnowsze jednostki tego typu wynajęto do celów komercyjnych. Przestarzałe pojazdy ratownicze podejmują nieudane próby dokowania na luku awaryjnym dziewiątego przedziału. O całej sytuacji rosyjskie władze informują dopiero w poniedziałek 14 sierpnia 2000 roku. Informacje są skąpe i sprzeczne z sobą, twierdzono między innymi, że katastrofa miała  miejsce w niedzielę, a nie w sobotę. Podawano również informację o łączności radiowej z załogą, a później, że porozumiano się z nią stukaniem w kadłub, w rzeczywistości obie informacje nie były prawdziwe. Już nocy z poniedziałku na wtorek napływają oferty pomocy w akcji ratunkowej z USA, Wielkiej Brytanii i Norwegii, jednakże spotykają się z odmową Rosji. Kwestia pomocy jest omawiana w kwaterze głównej NATO. Tymczasem opinia publiczna jest coraz bardziej oburzona opieszałością Rosji w prowadzonej samodzielnie akcji i kolejnych odmowach przyjęcia pomocy z zewnątrz. Dopiero w środę po południu pod wyraźnym naciskiem opinii Rosja oficjalnie prosi o pomoc Norwegię i Wielką Brytanię, informując, że nie ma odpowiedniego sprzętu, aby przeprowadzić akcję ratunkową samodzielnie. Jest już jednak za późno, tego samego dnia wicepremier Rosji Ilja Klebanow oświadcza, że na Kursku nie ma już śladów życia. W czwartek wieczorem na miejscu katastrofy pojawiają się jednostki ratownicze, między innymi statek Norman Pioneer z brytyjskim batyskafem ratunkowym LR5 wraz z brytyjsko-norweską załogą. Do czasu ich przybycia Rosjanie podjęli wiele nieudanych prób dotarcia do wnętrza Kurska, sytuację pogarszały również niekorzystne warunki pogodowe. Dopiero w niedzielę zezwolono norweskim nurkom na rozpoczęcie akcji. Zaczęto od sfilmowania wraku, a następnie zbadano kadłub. Do wnętrza Kurska Norwegowie dotarli dopiero w poniedziałek, 21 sierpnia 2000r. po otwarciu włazu awaryjnego w dziewiątym przedziale. Okazało się, że przedział jest zatopiony, znajdują się w nim ciała marynarzy. Stało się jasne, że nie było szans, by ktoś przeżył. Akcja ratunkowa zostaje przerwana. Wrak Kurska został wydobyty w 2001r. przez firmy holenderskie i norweską a następnie przetransportowany do stoczni w Roslakowie koło Siewieromorska, gdzie dotarł w październiku 2001 roku. Na dnie pozostała jedynie odcięta część dziobowa.

 

Kolejny etap malowania to pokład w K-19 na kolor ciemno –szary USA Gray. Dolne części kadłubów pomalowaliśmy na czerwono. Najpierw Signal Red, a potem mieszaniną tej farby z kolorami szarymi i brązowymi, tak aby uzyskać zróżnicowanie odcieni przeciwporostowej farby. Po wyschnięciu farby i zdjęciu masek nożna było przykleić kiosk w K-19. W tym czasie wykonane zostały wszelkiego rodzaju drobiazgi, takie jak peryskopy, anteny czy śruby.
 
Po wyschnięciu  zostały wklejone na swoje miejsca. Podobnie jak kalkomanie, do przyklejania których użyliśmy płynu do zmiękczania Gunze. O klakach Zvezdy można stwierdzić, że są niezłe, cienkie matowe i dobrze reagują z chemią, niestety kalki K-19 miały trochę przesunięty druk względem folii. Dlatego też obecnie wybrałbym zestaw firmy Flagman oferujący te same wypraski co Zvezda, lecz z kalkomaniami firmy Begemot. Zaznaczyć również należy, że Zvezda oferuje dwa warianty malowania modelu. Jeden autentycznego K-19 z początkowego okresu służby z numerem burtowym „271”, jak i ze znanego filmu z Harrisonem Fordem „K-19. The Widowmaker” z numerem burtowym „294”. Ja wybrałem pierwszą opcję.

 

Oficjalną przyczynę katastrofy ogłoszono 1 lipca 2002r. Rosyjski minister przemysłu i nauki Ilja Klebanow ogłosił, że przyczyną katastrofy był wybuch torpedy, spowodowany wyciekiem nadtlenku wodoru, który wywołał eksplozję w wyrzutni torpedowej, a następnie wybuch amunicji. Jednocześnie powstało również kilka innych mniej lub bardziej sensacyjnych teorii usiłujących wyjaśnić przyczyny katastrofy katastrofę. Zostaną przytoczone jedynie z kronikarskiego obowiązku, gdyż podobnie jak teoria o pewnym liściastym drzewie wyrastającym na ścieżce podejścia do lądowania niektórych samolotów nie są poparte żadnymi rzeczowymi ani racjonalnymi argumentami.

 

 
Wrak Kurska po wydobycia z dna i przetransportowaniu do stoczni w Roslakowie koło Siewieromorska,

Według jednej na Kursku miło dojść do wybuchu superkawitacyjnej torpedy WA-111 Szkwał o napędzie rakietowym – ważnego produktu eksportowego. Byłaby to dla niego antyreklama, więc Rosjanie postanowili ukryć ten fakt. Praktycznie zaraz po ujawnieniu katastrofy niezależna czeczeńska agencja informacyjna Kavkaz Center przypisała zatopienie Kurska muzułmaninowi z rejonu Dagestanu, z ramach poparcia dla Czeczenii. Wśród załogi było 2 marynarzy wyznania islamskiego, jeden z nich miał dostęp do przedziału torpedowego. Największą sensacją poczęstował jednak opinię publiczną francuski filmowiec Jean-Michel Carré. W swoim filmie dokumentalnym Kursk w mętnych wodach (do obejrzenia w serwisie Youtube) zasugerował, że Kursk został zatopiony przez Amerykanów, którzy nie chcieli dopuścić do demonstracji nowych torped WA-111 Szkwał, przedstawicielom chińskiej Marynarki Wojennej. Rosyjski okręt zatonął po wyniku kolizji z USS Toledo (SSN-769) i trafienia torpedą Mk 48 wystrzeloną z USS Memphis (SSN-691). Obydwie jednostki należały do typu Los Angeles i przebywały w rejonie manewrów. Według niektórych „specjalistów” oba okręty amerykańskie miały doznać poważnych uszkodzeń, a jeden wręcz zatonąć. Wiceadmirał Jewgienij Czernow, były dowódca okrętów podwodnych Floty Północnej zasugerował, że w czasie manewrów do kolizji wynurzającego się Kurska z  jeden z okrętów nawodnych, co spowodowało wybuch torpedy i zatonięcie. Świadczyć o tym miał fakt, że Kursk zatonął z podniesionym peryskopem.

 

Końcowy etap prac to przyklejenie uprzednio pomalowanych śrub napędowych i wykonanie śladów eksploatacji. Sam osobiście nie jestem zwolennikiem przesadnego brudzenia modeli, zwłaszcza okrętów, ale w wypadku obu modeli postanowiłem odstąpić nieco od tej zasady i pokazać jak mogły wyglądać oba okręty po powrocie z dość długiego patrolu. Na posiadanych przeze mnie zdjęciach wyraźnie było widać, że zarówno K-19 jak i Kursk, pokryte były całą mozaiką zacieków w różnych kolorach.
 
Naniesione zostały przy pomocą cienkich pędzelków. Tu zostały wykorzystane wasche w różnych kolorach, zarówno gotowe, jak i przygotowane metodą domową z mocno rozcieńczonej farby. Potem oba modele zostały pokryte matowym werniksem. Na sam koniec wymalowałem światła pozycyjne i wkleiłem osłony pomostów manewrowych na kioskach. W przypadku K-19, ten detal musiałem zrobić samodzielnie z kawałka przezroczystej folii.

 

Tyle sensacyjne teorie, których  nawet nie podejmę się weryfikować, gdyż nie jestem ekspertem w dziedzinie atomowych okrętów podwodnych, oceniam je po sylwetkach z modelarskiego punktu widzenia, zresztą strona poświęcona modelarstwu nie jest na to dobrym miejscem. Budowę modeli atomowych okrętów podwodnych potraktowałem czysto relaksacyjnie, jako odskocznię od klejenia bardziej pracochłonnych modeli. Wiki zdobyła kolejne doświadczenia, jako początkujący modelarz. Czy połknie bakcyla, czas pokaże. Współczesne okręty podwodne, zwłaszcza radzieckie i rosyjskie konstrukcje stanowią bardzo wdzięczny temat z uwagi na piękne, dopracowane sylwetki. W planach mamy kolejne modele okrętów podwodnych i cieszę się, że ofercie producentów modeli atomowych okrętów podwodnych jest coraz więcej.

 

Atomowy Okręt Podwodny K-141 Kursk - GALERIA - wyk. Wiktoria Wawrzynkowska
 
Atomowy Okręt Podwodny K-19 - GALERIA - wyk. Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski

 


 
Wykorzystane zestawy:
- K-19, Soviet nuclear submarine, Zvezda 9025,
- K-141 Kursk, Russian nuclear Submarine, Zvezda 9007


Wybrane narzędzia i materiały:
- kleje:
Tamiya Rxtra Thin,
Revell Contacta Pofesional,
Cyjanoakylowe,
- szpachlówki,
Revell Plasto, Mr. Disolvet Putty,
- profile Evergreen,
- papiery ścierne o gradacji 600, 800, 1200, 2500,
- taśma maskująca Tamiya,


Chemia modelarska:
- farby:
Vallejo Model Air: 71056 Black Grey, 71057 Black, 71047 USA Grey, 71085 Italin Red, 71056 Steel,
Vallejo Color: 70093 Flat Yellow,
Italeri: 4769AP Flat White,
Pactra: A72 Gold,
- washe i werniksy:
Vallejo Lavado: 73203 Umber Shade, 73200 Umber Sepia, 73202 Pale Grey,
Vallejo Model Air: Matt Varnish 71059,
- płyn do zmiękczania kalkomanii Mr. Hobby, Mr. Mark Setter,
- podkłady w sparyu: Vallejo Black, Citadel White,

Źródła informacji i zdjęć:
-    Nikołaj Zatiejew, S.O.S. z głębin. Wspomnienia dowódcy okrętu podwodnego, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2000r.
-    David Miller, John Jordan, Współczesne Okręty Podwodne, Ilustrowana Encyklopedia, Wydawnictwo ESPDON, Warszawa 1993r.
-    Praca zbiorowa, Tragedia Kurska, Bitwy i wyprawy morskie nr 97, Wydawnictwo Rzeczpospolita /    Mówią Wieki, Warszawa 2011r.

-    www.modelwork.pl,
-    Internet.

 

                                                 Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski