Puckie Lubliny 1/48 - projekt MOW

W przededniu wybuchu II Wojny Światowej jedyna jednostka lotnicza PMW – Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku jako związek taktyczny nie przedstawiał sobą praktycznie żadnej wartości bojowej. Sprzęt lotniczy dywizjonu to w większości przestarzałe maszyny z lat 20-tych, zaś jedyny nowoczesny wodnosamolot torpedowo – rozpoznawczy CANT Z-506B Arione dotarł w sierpniu 1939r. do Pucka bez wyposażenia bojowego i uzbrojenia. Niemniej jednak MDLot zapisał piękną kartę walcząc w obronie Polskiego Wybrzeża. Podstawowym sprzętem jednostki w tym czasie były wodnosamoloty Lublin R-XIII G, ter/hydro. Jeden z nich wykonał dwa loty bojowe. W nocy z 6 na 7 września 1939r. załoga por. mar. pil. Józef Rudzki oraz por. mar. obs. Zdzisław Juszczakiewicz lecąc samolotem „714” rozpoznawała ruchy okrętów niemieckich w rejonie Zatoki Gdańskiej, zaś w nocy z 7 na 8 września ta sama załoga na tej samej maszynie ostrzelała i zaatakowała bombami nocną paradę SA i SS w rejonie Starego Miasta w Gdańsku. „Impreza” została zorganizowana dla uczczenia zdobycia Westerplatte. Pierwotnym celem ataku miał być pancernik Schlezwig – Holstein, lecz odpłynął w międzyczasie z miejsca gdzie się go spodziewano. Samolot został zniszczony dzień później w rejonie Juraty wskutek nalotu Stukasów. Atak miał charakter typowo odwetowy, pojawienie się polskiego samolotu nad Gdańskiem musiało wywrzeć na Niemcach „niezatarte wrażenie”. Żadna jednak z zrzuconych bomb nie wyrządziła maszynom MDLotu jakiejkolwiek szkody, (w przeciweństwie do bomb rzucanych przez Polaków - na niewielkiej przestrzeni od ich wybuchów i pocisków karabinowych musiało zginąć wiele osób) dopiero atak z lotu koszącego przy użyciu amunicji przeciwpancernej zniszczył większość znajdujących się na kotwicowisku samolotów. Epizod nocnych lotów „714-stki” nie był szczególnie nagłaśniany. Niemcy wiadomo, strona polska obawiała się represji, jakie mogły spotkać lotników i ich rodziny.

Modele samolotów towarzyszących Lublin R-XIII D i G ma w chwili obecnej firma Mirage Hobby. Nie są to modele nowe, w chwili obecnej są one dostępne jedynie na rynku wtórnym. Formy powstały w połowie lat 80-tych w Spółdzielni Pracy Spójnia w Łodzi. Były to pierwsze polskie modele wtryskowe opracowane w podziałce 1/48. Do chwili obecnej formy kilkakrotnie zmieniały właścicieli by w końcu dotrzeć do warszawskiego producenta. Mojego pierwszego Lublina skleiłem dawno lat temu. Jego budowa była efektem wyjazdu na Hel. Zawsze się tak kończyło ile razy tam pojadę, wtedy modeli samolotów z MDLotu było znacznie mniej niż teraz, a ja w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że obaj bohaterowie tego artykułu staną się eksponatami Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu. Był to pływakowy R-XIII G/hydro oczywiście z numerem burtowym 714 którego historię przedstawiłem powyżej. Wykorzystałem zestaw pakowany przez Mirage Hobby i blachę Parta. Jest to niezbędne do wykonania w miarę poprawnej repliki samolotu. Budując model w dużej mierze oparłem się na relacji z budowy A.M. Olejniczaka zamieszczonej w 10 numerze Mini Repliki. Tam również zamieszczona była barwna sylwetka autorstwa W. Sankowskiego samolotu R-XIII G nr 718. Samolot na ilustracji nie miał uzbrojenia i był wyposażony w podwozie kołowe. Lublin w takiej konfiguracji byłby wspaniałym uzupełnieniem do maszyny pływakowej i takową miniaturę postanowiłem wykonać. Wyczytałem w międzyczasie, że samolot 718 początkowo był wykorzystywany w Eskadrze Lotnictwa Rzecznego w Pińsku. W przededniu wojny wrócił do Pucka i po ustawieniu na podwoziu kołowym przydzielony został Plutonu Łącznikowego Dowódcy Obrony Wybrzeża w Oksywiu. W dniu 17 września 1939r. samolot startując z Lotniska w Nowym Obłużu z ostatnim meldunkiem do dowództwa w Warszawie rozbił się z powodu awarii silnika. Pilot, mat Stefan Czerwiński zginął, ocalał lecący z nim oficer wojsk lądowych. Projekt budowy repliki tej maszyny miałem przez cały czas w głowie, aż w końcu doczekał się realizacji. Zaopatrzyłem się w tym celu w model kołowego Lublina, dorwałem go na Allegro i tym razem był to przepak wrocławskiego Mastercraftu. Cecha charkterystyczą było to, że posiadał również podwozie pływakowe i aż 3(!) kolory wyprasek. Dokupiwszy blaszkę Parta zabrałem się do roboty.

Budowę zacząłem od płata. Lotki wykonałem jako wychylone, u mnie stało się to standardem. Miejsce łączenia wymagało szpachlowania. Po wyschnięciu i obróbce płata powklejałem wszystkie drobne elementy, takie jak wsporniki baldachimu, lotki wraz z trymerami, oraz podstawę prądnicy. Ten ostatni detal wykonałem od podstaw z kawałka tworzywa. Ponieważ z materiałów które posiadałem wynikało, iż budowany przeze mnie egzemplarz takowej nie posiadał, ja również nie odtwarzałem jej w swojej miniaturze.

Potem przyszła pora na usterzenie. Również wszystkie powierzchnie sterowe wykonałem jako wychylone. Nie sklejałem ze sobą na razie obu elementów. Pozostawiłem je jako złożone.

Następnie zabrałem się za kadłub. Po dokładnym oczyszczeniu z nadlewek obu połówek, za pomocą papieru ściernego usunąłem imitacje kratownicy w kokpicie.

Mając obrobiony kadłub skleiłem fototrawione wnętrze z blaszki Parta. Robota prosta i przyjemna (robiłem to już po raz drugi), w sumie niecałe jedno popołudnie. Oczywiście skleiłem z sobą tylko te detale, które mogłem po sklejeniu pomalować. Takie rzeczy jak tablicę czy pasy zostawiłem na później.

Fototrawiona kratownica idealnie wpasowała się w połówki kadłuba. Żadne zabiegi wspomagające i wpasowujące nie były potrzebne. Ponieważ chciałem, aby Lublin ”kołowy” wyglądał identycznie jak pływakowy postanowiłem wykonać go stosując te same techniki i zabiegi co przy modelu budowanym uprzednio, nieznacznie je modyfikując. Kratownicę kadłuba pomalowałem metalizerem Polisched Steel Humbrola, zaś wewnętrzne powierzchnie kadłuba 90-tką Revella.

Kiedy wszystko było już suche zabrałem się z detale kokpitu. Pomalowałem wszystkie dźwignie, uchwyty i przewody odpowiednimi kolorami, a na samym końcu podłogę potraktowałem czarną Pactrą, mocno rozcieńczoną. Na samym końcu wkleiłem pasy. Ponieważ Part nie zamieścił takowych w swej blaszce, postanowiłem zaryzykować i wzbogacić swego Lublina o takowe detale. Przyznaję, że nie miałem żadnych materiałów źródłowych na ten temat i pasy wkleiłem na własne ryzyko. Użyłem odpowiednio przerobionych pasów Parta z blaszki do RWD-8. Równolegle z kokpitem wykonałem tablicę przyrządów. Gdy wszystko było suche, zostało wklejone w lewą połówkę kadłuba. Nie napotkałem na jakieś przykre niespodzianki.

Sklejanie kadłuba to standartowa procedura, obyło się bez szpachlowania. Po obróbce miejsc łączenia zacząłem kombinować z zastrzałami i podwoziem. Początkowo miałem tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i... nie wytrzymałem nerwowo i wkleiłem wszystko do kadłuba. Włącznie z zastrzałami pod usterzeniem poziomym.

Gdy wszystko wyschło przy użyciu Blue Taca ustawiłem model na obrobionych wcześniej kołach, przyłożyłem płat i... NO MATCHBOX NORMALNIE NO!!! :)

Wtedy również zorientowałem się, iż walnąłem potwornego babola przy podwoziu. Na posiadanych przeze nie zdjęciach kołowy Lublin z MDLotu nie miał trójkątnych zastrzałów, lecz po dwa pojedyncze z każdej strony. Należało to jak najszybciej poprawić.

Nie było wyjścia. Możliwie jak najdelikatniej odkleiłem podwozie, ołówkiem zaznaczyłem linie cięcia, wytrasowałem je skalpelem a następnie piłką – żyletką wyciąłem to co niepotrzebne. Potem obrobiłem zastrzały pilnikiem i papierem ściernym, do uzyskania prawidłowego kształtu. Podwozie uzupełnione o fototrawione detale Parta zostało wklejone na swoje miejsce. Kolejną czynnością było wklejenie pozostałych części z blaszki. Ponieważ wykorzystałem zestaw do lądowej wersji R-XIII, samodzielnie musiałem dorobić pomost pod kabiną. Wystarczył kawałek blaszki i dwa fragmenty polistyrenowego pręta. Zanim przystąpiłem do malowania uzupełniłem kadłub o kilka drobnych detali. Na początek odtworzyłem strukturę kadłuba w jego tylnej części. Wykorzystałem papier samoprzylepny, który pociąłem na wąskie paski i nakleiłem w odpowiednich miejscach. Co jest ciekawe, te elementy zaznaczone są praktycznie na wszystkich planach czy barwnych sylwetkach, zaś na zdjęciach raz są widoczne raz nie. Może to zależy od oświetlenia czy kąta, pod którym dane zdjęcie było robione, czy może od jeszcze innych czynników. Ze zdjęć nie wynikało natomiast czy miały one strukturę wypukłą czy też wklęsłą. U mnie siłą rzeczy była wypukła – jest to zatem moja własna wizja tych detali. Z igieł iniekcyjnych wykonałem prowadnice linek sterujących usterzeniem pionowym. Podczas tych wszystkich czynności kila razy odpadł pomost na lewej burcie kabiny pilota. Kiedy przy okazji jeszcze się połamał, wykonałem nowy w całości z blaszki fototrawionej. W miejscach gdzie kadłub miał pokrycie wykonane z blachy odtworzyłem szwy nitowe. Potem poprawiłem jeszcze mechanizmy sterownia lotkami. Ponieważ linki sterujące wchodziły bezpośrednio w płat, obciąłem osłony i w ich miejsce nawierciłem otwory. O elementy sterujące pominięte przez producenta uzupełniłem również usterzenie poziome.
 Malowanie zacząłem od pokrycia Revellem 90 dolnych powierzchni kadłuba, płata i usterzenia poziomego. Tym kolorem pomalowałem również pokryty płótnem pas przed kabiną pilota. Tu mała uwaga: ponieważ chciałem aby oba moje Lubliny nie różniły się zbytnio od siebie, postanowiłem tego również pomalować za pomocą pędzli, pomimo iż od pewnego czasu używam aerografu. Farba zatem musiała być dosyć rzadka a pędzel (oczywiście płaski!) dobrałem tak, aby jego szerokość pasowała do odstępów pomiędzy żeberkami w płacie. Malowałem prowadząc pędzel od krawędzi spływu ku krawędzi natarcia. Musiałem położyć dwie warstwy i w kilku miejscach poprawić. W podobny sposób pomalowałam przednią część kadłuba i kabinę pilotów. Elementy te w oryginale były wykonane z aluminium, więc użyłem Polisched Alluminium Humbrola. Po wyschnięciu wszystko zabezpieczyłem Sidoluksem. Do malowania użyłem mieszaniny akryli Pactry. Bazą była A 40 z dodatkiem zieleni i czerni. Proporcje na oko, tak aby były zgodne z kolorem użytym do pomalowania Lublina na pływakach. Malowałem również pędzlami w taki sam sposób jak w przypadku metalizerów. Kolejny etap prac to zapuszczenie w linie podziału płukanki czy jak kto woli wascha (nie wyznaję się w tej nowoczesnej terminologii) zrobionego na bazie ciemnoszarej farby akrylowej. Trójkątne otwory w przedniej części kadłuba potraktowałem czarna akwarelką, której nadmiar po zaschnięciu starłem wilgotnym ręcznikiem papierowym. Wykonałem wtedy również naciągi, używając nitek pozyskanych z damskich rajstop.

Sklejenie płata z kadłubem to najtrudniejszy etap budowy. Prawidłowe przyklejenie płata wyszło mi dopiero za trzecim razem. Konieczne było odcinanie i spasowywanie na nowo zastrzałów wsporników tak, aby płat miał właściwą geometrię względem kadłuba. Jakoś jednak przez to przebrnąłem, na końcu wyretuszowałem wszystkie miejsca klejenia.

Następnie wkleiłem koła podwozia głównego i pomalowałem na czarno różne drobne elementy, takiej jak amortyzatory czy płozę ogonową. Można było zabrać się za linki napędzające usterzenie i lotki. Tu użyłem prętów z polistyrenu wyciąganych nad ogniem i po wklejeniu we właściwe miejsca pomalowanych na czarno. Jak widać na zdjęciach w kilku miejscach konieczny będzie retusz. Naciągi na usterzeniu podobnie jak pozostałe to nitki z rajstop. Wykonałem wtedy również klosze lamp pozycyjnych na końcach skrzydeł i wierzchołku statecznika.

Jaśniejsza łata na skrzydle powstała przypadkiem. Korygowałem granicę kolorów na krawędzi natarcia i podczas zrywania taśmy maskującej odpadło trochę farby (wiadomo akryle). Podmalowałem te miejsca. Ponieważ odcień okazał się nieco jaśniejszy, postanowiłem pobawić się w odtwarzanie ubytków płóciennego pokrycia płatów. Zainspirowały mnie zdjęcia uszkodzonych przy lądowaniu samolotów MDLotu, również i R-XIII. Lotnisko w Pucku znajdowało się na terenie dosyć podmokłym, więc kraksy i kapotaże szczególnie po deszczu były na porządku dziennym. Połatane pokrycie płatów na moim modelu jest tylko moją próbą pokazania tego, lecz mogło właśnie tak wyglądać.



Kalki w modelu nie zachwycały jakością, miały trochę poprzesuwane względem siebie kolory, ale po wycięciu nie wyglądały najgorzej, więc zdecydowałem się na nie, okazało się że bardzo dobrze zareagowały na Mr Mark Settera. Musiałem je tylko nieco zmodyfikować. Burtowy numer 710 przerobiłem na 718 za pomocą kawałków białej kalkomanii i farbki, która została mi z malowania modelu. Podobnie postąpiłem z numerem fabrycznym zastępując określenie ter literką G. Po wykonaniu zdjęć przerobiłem również w stosowny sposób numer na 718, czego na zdjęciu jeszcze nie widać :).
 Silnik to kolejny etap prac. Zacząłem od pomalowania metalizerem podstawowych jego elementów. Następnie zapuściłem w cylindry czarną mocno rozcieńczoną Pactrę i powklejałem popychacze z zrobione kawałków wyciąganego nad płomieniem plastiku i przewody z cienkiego drutu miedzianego. Rury wydechowe to kawałki drutu w izolacji, przycięte do odpowiednich rozmiarów i ukształtowane. Efekt rurki uzyskałem poprzez wciśnięcie drutu do wewnątrz izolacji. Z drugiej strony uzyskałem „czopy” montażowe, które ułatwiły mi wklejanie rurek do silnika.

Po sklejeniu w całość i pomalowaniu silnik został wklejony na swoje miejsce

Na samym końcu wkleiłem osłonę silnika wraz ze śmigłem. Ponieważ w moim modelu osłony brakowało musiałem dorobić ją od podstaw z kawałków plastiku. W sumie dwa wieczory rzeźbienia :). Potem dalej zacząłem eksperymentować z postarzaniem samolotu. Najpierw czarna, ale zupełnie wodnista Pactra wylądowała na imitacjach żeber. Po wyschnięciu płat pokryłem również mocno rozcieńczoną farba w kolorze podstawowym, bo czarna była zbyt jaskrawa. I tak kilka razy, aż byłem w miarę zadowolony. Na samym końcu poprawiłem olinowanie usterzenia i odpowiednimi kolorami pomalowałem światła pozycyjne.
Po zakończeniu prac nad 718-tką musiałem poprzerabiać trochę pływakową 714-tkę, aby stojąc obok siebie za bardzo się nie różniły, były z tej samej bajki. Na początku odtworzyłem szwy nitowe tam gdzie to było konieczne i zapuściłem czarną farbkę w linie podziału blach na kadłubie i pływakach. Następnie postarzyłem płócienne pokrycia płatów i usterzenia w taki sam sposób jak w przypadku 718-tki. Podobnie w wersji kołowej wykonałem wzmocnienia konstrukcji w tylnej części kadłuba i poprawiłem mechanizmy sterownia lotkami. Poprawiłem ponadto zastrzały pod centropłatem w przedniej części i dokleiłem uchwyt montowany w miejsce płozy.

Chciałem aby moja miniatura była skonfigurowana w taki sposób, jak podczas lotów bojowych z 6 i 7 września 1939r., czyli z dwoma km-ami Vickers i wyrzutnikami Świąteckiego. Na pierwszy ogień poszły karabiny. Początkowo myślałem, że wystarczy nieco zaadaptować obrotnik i dokleić drugi karabin, który został mi z wersji kołowej. Okazało się jednak, że to co proponuje Part nijak ma się do rzeczywistego wyglądu obrotnika T07. Musiałem zrobić od podstaw praktycznie całą ramę i mechanizm do podnoszenie i opuszczania karabinów. Wykorzystałem do tego złom z części fototrawionych. Same karabiny również okleiłem elementami z zestawu Parta, otrzymały ponadto lufy i igieł iniekcyjnych. Po wklejeniu na swoje miejsce w kabinie obserwatora obrotnik został pomalowany Polisched Steelem Humbola (zdjęcie z lewej), drobne detale takie jak uchwyty, czy pokrętła pomalowałem na czarno i srebrno (zdjęcie z prawej). Spory problem stanowiło miejsce i ilość umieszczenia wyrzutników Świąteckiego dla bomb 12,5kg. Nie zachowało się żadne zdjęcie Lublina z bombami a źródła pisane są z sobą sprzeczne. Z opisu nocnej akcji nad Gdańskiem wynika, że zrzucono 6 bomb, co wydaje mi się mało prawdopodobne, bo w mojej ocenie pod kadłubem Lublina nie było tyle miejsca aby podczepić aż 6 wyrzutników wraz z bombami. W opracowaniu A. Glassa z miesięcznika Aero Technika Lotnicza wynika, że Lubliny R-XIII były wyposażone w 12 zaczepów do mocowania wyrzutników Świąteckiego. Przy przyjęciu 4 zaczepów na 1 wyrzutnik dawałoby to w sumie możliwość powieszenia 3 bomb o łącznej masie 37,5kg. Brzmi to całkiem rozsądnie, lecz w żaden sposób nie rozwiało moich wątpliwości. Rozwiała je dopiero przymiarka bomby z wyrzutnikiem do kadłuba i konstatacja, że do bomb 12,5kg używano również wyrzutników zdwojonych, montowanych również w P-11c. Trzy takie wyrzutniki mieściły się spokojnie pod kadłubem Lublina i można było na nich zaczepić 6 bomb. Dlaczego zatem w moim modelu wkleiłem tylko 3 bomby? Bo tylko tyle miałem :(. Jak zdobędę więcej to dokleję. Obiecuję!

 W ten sposób dobrnąłem do końca prac nad modelami „Erów”. Dzięki budowie kołowego, pływakowy został odświeżony i uzupełniony. Modele Lublinów spod znaku Spójnia/Mirage pomimo upływu czasu trzymają się dzielnie i niewiele ustępują współczesnym produkcjom modelarskim. Przy wykorzystaniu blaszek Parta można zbudować wierne repliki jednych z bardziej znanych polskich samolotów okresu międzywojennego. Jak zaznaczyłem na początku mej pisaniny, mam słabość do maszyn z MDLotu i na sklejeniu tych modeli nie poprzestanę. Po głowie chodzą mi już kolejne pomysły:).


Marcin Wawrzynkowski

Partnerzy

                 
             
                 

 

Kluby modelarskie