Wodnosamolot bombowo - torpedowy CANT Z-506 Airone - 1/48 - AlphaFlight

Wykorzystane zestawy:
- CRDA CNAT Z 506 B/S Airone, Alpha Fligt, AF-4810, (ocena zestawu 8/10)
- Lufy Master Italian Breda Safat Machine Gun 7,7, AM-48-053,
- Lufy Master Italian Breda Safat Machine Gun 12,7, AM-48-054,
- kalkomanie Techmod, Modelmaker Decals

Wybrane narzędzia i materiały:
- kleje: CA, Bilmodelmaker penetrujący „spawacz”,
- szpachlówki: Mr. Disolvet Putty, Mr. Surfacer 1200,
- podkład Citadel Skull White,
- profile Evergreen,
- płyta ryflowana 3D Steel Scorpion,
- papiery ścierne o gradacji 600, 800, 1200, 2500,
- taśma maskująca Tamiya,
Chemia modelarska:
- farby: Bilmodelmaker Metalizer Aluminium Light, Aluminium Black Gold Vallejo Model Air: 71010, 71047, 71049, 71057, 71052, 71085, 71056, 71062, 71073, Vallejo Color: 70093, 70908,
- płyn do zmiękczania kalkomanii Mr. Hobby, Mr. Mark Setter,
- suche pigmenty Talen: Skull Black

Na oficjalnym plakacie VII Bałtyckiego Festiwalu Modelarskiego widnieje model wodnosamolotu bombowo - torpedowego CANT Z-506 Airone. Model ten popełniłem kilka lat temu z zestawu z żywicznego firmy AlphaFlight w skali 1/48. Jakoś nie było okazji, żeby zaprezentować relację z jego budowy, więc postanowiłem teraz to nadrobić. Model po sklejeniu trafił do Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu, gdzie stał sie jednym z eksponatów na wystawie poświęconej Morskiemu Dywizjonowi Lotniczemu w Pucku, brał udział w paru konkurach modelarskich i nawet "zagrał" w filmie.

Samolot CANT Z-506 Airone miał być panaceum na problemy sprzętowe z jakimi borykał się Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku pod koniec lat 30-tych XXw. Sześć samolotów tego typu zostało zakupionych przez Polskę we Włoszech. Miały one zostać dostarczone do Pucka latem 1939r. Strona włoska jednak z przyczyn politycznych opóźniała realizację zamówienia, w efekcie do MDLotu na dwa dni przed wybuchem wojny dotarła jedna maszyna, nieuzbrojona i nie w pełni wyposażona. Mówi się nawet o uprowadzeniu samolotu z zakładów CRDA przez załogę kpt. mar. pil. Romana Borowca. Polski CANT po wybuchu wojny został ewakuowany do majątku Siemień na Lubelszczyźnie i tam zniszczony przez lotnictwo niemieckie.

CNAT Z-506b jest konstrukcją dobrze znaną miłośnikom lotnictwa, jednakże modelarze pragnący wykonać jego miniaturę nie są zbytnio rozpieszczani przez producentów modeli. Do dyspozycji mamy dość leciwy zestaw opracowany przez włoski SuperModel w skali 1/72, a ostatnio wznowiony i co najważniejsze mocnao zmodernizowany przez Italeri oraz żywiczny model amerykańskiej firmy AlphaFlight w skali 1/48. Jak zaznaczyłem ten ostatni wylądował na moim warsztacie. Już na stracie pojawił się jednak problem wnętrza kadłuba. Jeżeli zdecydujemy się na pozamykanie wszystkich drzwi i okien, można poprzestać, na tym co przewidział producent. Ja natomiast postanowiłem pootwierać ile się da i w związku z tym musiałem wnętrze robić praktycznie od podstaw. Posiłkując się zgromadzoną dokumentacją, na którą składały się głównie zdjęcia samolotów włoskich, a także instrukcja do blaszek dedykowanych do zestawu firmy Super Model w skali 1/72. Niewiele tego było, ale pozwoliło na wzbogacenie wnętrza kadłuba, zwłaszcza w tych najbardziej widocznych miejscach.

Zacząłem od wykonania na nowo podłogi wraz z imitacją dźwigarów oraz dolnych części wręg, które w moim egzemplarzu były uszkodzone. Podłogę wykleiłem również płytą ryflowaną firmy Steel Scorpion. Od podstaw wykonałem również stelaże na których umieściłem fotele pilotów i przyrządy sterownicze, a także „półkę” na której umieszczono fotel radiotelegrafisty i siedzisko tylnego strzelca.

Potem na warsztat poszły pozostałe elementy widoczne przez oszklenie i otwarte drzwi , a więc ściana ogniowa za centralnym silnikiem, radiostacja, rama celownika bombardierskiego (tego ostatniego nie odtwarzałem, bo polski CANT nigdy go nie miał), wieżyczka strzelecka, oraz dolne stanowisko strzeleckie. Starałem się odtworzyć najwięcej tego co udało się wypatrzeć na zdjęciach wnętrza oryginału.

Obie tablice przyrządów są w modelu doskonale widoczne z obu stron, dlatego musiałem je uzupełnić o imitacje puszek zegarów i dość sporą ilość przewodów. Przewody to dość efektowny element wnętrza, dlatego bardzo chętnie wykonuję je w swoich replikach. Tak było również i w przypadku CANTA, co widać na zdjęciach.

Połówki kadłuba również dostały sporo wyposażenia, znacznie więcej niż przewidział producent. Uzupełniłem je zetem o różnego rodzaju skrzynki, półki zasobniki, elementy konstrukcji, czy cięgła linek sterowych. Na tym etapie prac wykorzystałem sporo złomu modelarskiego, zarówno plastikowego jak i żywicznego czy resztek blaszek fototrawionych. Nie zabrakło również i przewodów.

Malowanie wnętrza zacząłem od pokrycia wszystkich elementów sprayem Skul White Citadela, a potem natrysnąłem jasną zieleń z palety Vallejo Model Air. Potem mogłem uzupełniać pozostałą kolorystykę i detale, głównie z załączonej do modelu blaszki fototrawionej.

Koniec prac nad wnętrzem kadłuba to wklejenie wszystkich segmentów w lewa połówkę kadłuba i dodanie kilku detali takich jak antena radiopelengatora, podajnika amunicji do karabinów maszynowych. Same karabiny uzupełniłem o fototrawione celowniki Eduarda. Postanowiłem również, że lufy wkleję dopiero pomalowaniu modelu i wklejeniu oszklenia. Wnętrze uzupełniłem ponadto o kilka kapoków, które wykonałem z Poxiliny na podstawie szkiców autorstwa Jarosława Wróbla.

Kolejny etap budowy to silniki i ich osłony. Makiety silników odlano jako pojedyncze elementy, podobnie jak wyroby firmy Quickboost. Odlewy są czyste i bardzo szczegółowe, wymagają jednak uzupełnienia o przewody instalacji elektrycznej, kolektorów spalin i innych drobiazgów. Gotowe makiety pomalowałem arylami z palety Vallejo. Wcześniej pokryłem je czarnym podkładem, również Vallejo.

Podobnie ma się rzecz z osłonami, samo wklejenie rury wydechowej i chwytu powietrza w dolnej części nie wystarczy. Posiłkując się zdjęciami egzemplarza muzealnego, uzupełniłem osłony o imitacje zawiasów, kolektorów spalin i kilka innych drobiazgów. Ze śmigłami właściwie nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie sporych rozmiarów dziury po bąblach powietrza u nasady kilku łopat. Wypełniłem je kawałkami żywicy i miksturą składającą się ze szpachlówki wymieszanej z klejem CA a po wyschnięciu obrobiłem do odpowiedniego kształtu.

Mogłem się zabierać za płaty. Po wstępnym spasowaniu z przerażeniem stwierdziłem, że dolne połówki są o około 1mm dłuższe niż górne. Na szczęście przesunięcia występowały w obrębie końcówki.

Wybrnąłem z tego odcinając końcówkę wzdłuż linii podziału i następnie odcinając zbyt długi fragment. Następnie przykleiłem końcówki do płatów, wzmacniając spoinę kawałkiem tworzywa wklejonym od dołu i uzyskałem idealnie pasujące do siebie elementy. Zanim jednak skleiłem je w całość, w górnych połówkach umieściłem imitacje zawisów dla klap i lotek. Wykonanych z cienkiego polistyrenu i wkleiłem je w uprzednio wykonane w odpowiednich miejscach nacięcia. Potem mogłem złożyć płaty w całość. Klejenie tak dużych elementów klejem cyjanoakrylowym zawsze wymaga precyzji i uwagi. Ja robię to w ten sposób, że obie klejone części składam ze sobą i łączę najpierw kawałkami taśmy maskującej a następnie kiedy jestem pewien że wszystko jest w porządku punktowo nanoszę klej w kilku różnych miejscach. Potem jak się okaże że wszystko jest jak trzeba zrywam taśmę i całą spoinę zalewam klejem, który jednocześnie spełnia funkcję szpachlówki. Tak było i tym razem. Miejsca łączenia obrobiłem najpierw za pomocą pilników, potem wyrównałem gąbka ścierną, by wypolerować powierzchnię drobnoziarnistymi papierami ściernymi. Niestety końcówki gondoli silnikowych oraz krawędzie spływu w częściach trzykadłubowych nie były dobrze spasowane i później po ich wklejeniu czekała mnie korekta kształtu. Na samym końcu wkleiłem lotki i klapy – w pozycji wychylonej, co uplastyczniło budowaną replikę.

Zanim wkleiłem podłodzia w pływaki, w kilku miejscach od wewnętrznej strony pływaków umiesiłem kawałki tworzywa. Miało to na celu prawidłowe spasowanie klejonych elementów. Wtedy również nawierciłem cienkim wiertłem otwory w pływakach w które wkleiłem wykonane z cienkiego drutu oczka. Posiłkowałem się zdjęciami egzemplarza zachowanego w Vigna di Valle koło Rzymu.

Sklejenie kadłuba w całość to kolejny etap mojej przygody z CANTem. Procedura klejenia i obróbki miejsc łączenia była podobna jak w przypadku płatów. Na tym etapie złożyłem również w całość usterzenie maszyny. Stery kierunku i wysokości wkleiłem dopiero po obróbce uprzednio wklejonych elementów oraz wykonaniu imitacji zawiasów.

Po sklejeniu podstawowych podzespołów samolotu mogłem pomyśleć o złożeniu repliki w całość. Przy technologii wykonania modelu i jego rozmiarach wcale nie było to takie proste. Przede wszystkim obawiałem się czy w przyszłości płaty zwyczajnie nie opadną pod wpływem czynników zewnętrznych. Z kawałków polistyrenu wykonałem dźwigary, które dokleiłem do dwóch krótkich dźwigarów z zestawu a te następnie do kadłuba.

Wklejanie płatów polegało na osadzeniu ich pod właściwym kątem na dźwigarach i zalaniu klejem CA miejsc łączenia. Nałożyłem w sumie po kilka warstw, które po dokładnym wyschnięciu obrobiłem pilnikiem i papierem ściernym.

Nic natomiast nie wskazywało natomiast, że namęczę się przy wklejaniu pływaków. Okazało się, że zastrzały łączące pływaki z kadłubem, są wykonane pod zupełnie złym kątem i wklejenie ich bez przeróbek, tak żeby odpowiadały rzeczywistości jest kompletnie niemożliwe. Wybrnąłem z tego w ten sposób, że pływaki przykleiłem na centralnych zastrzałach do gondoli silnikowych, bo to akurat było dobrze wykonane. Od pozostałych zastrzałów odciąłem oprofilowane końcówki i wkleiłem na swoje miejsca w modelu, następnie obrobiłem je pod odpowiednim kątem. Teraz mogłem zabrać się za obróbkę samych zastrzałów. Musiałem dociąć je pod odpowiednim kątem, gdzie niegdzie skrócić i dosztukować. Każdy zastrzał przygotowywałem indywidualnie i po kolei wklejałem na swoje miejsca w modelu. Miejsca łączenia zalałem klejem i po wyschnięciu obrobiłem.

Mając już replikę w jednym kawałku mogłem zabrać się za jej detalowanie. Wklejone zatem zostały linki sterujące usterzeniem, zastrzały usterzenia poziomego, prądnica i temu podobne drobiazgi. Z cienkiego drutu wykonałem również oczka do których zamocowane miały zostać linki anten i naciągi. Model był już gotów do malowania.

Modele wodnosamolotów najbardziej efektownie prezentują się na wózkach umożliwiających przetaczanie ich po lotnisku. W miarę możliwości staram się wykonywać takie wózki do budowanych replik. Tak było i tym razem, ale nie był to wózek ale sporych rozmiarów platforma, ledwo mieszcząca się na kartce A4. Opierając się na posiadanych zdjęciach i wymiarach modelu stworzyłem taką platformę, stosując moją ulubioną metodę modelarską – odcinanie zbędnych kawałków z arkuszy polistyrenu. Poza tym w robocie był różnego rodzaju drut, profile i złom modelarski. Legary wypełniłem odpowiednio uformowaną Poxiliną.

Mogłem się zabrać za malowanie. Tu pojawił dość trudny do rozwiązania problem, jak pomalować budowaną replikę, skoro w czasie, kiedy budowałem replikę, nie było znane żadne zdjęcie polskiego CANT-a. Przyjęło się, że samolot był srebrno-szary, miał wymalowane szachownice, najprawdopodobniej duże i symetrycznie rozmieszczone na płatach i usterzeniu oraz błękitne strzały z logo zakładów CRDA po obu stronach kadłuba. Pierwotnie tak zamierzałem pomalować moją replikę dodając jeszcze czarne podłodzia pływaków z błękitną linią wodną. Jak na zachowanym egzemplarzu muzealnym. Ostatecznie postanowiłem pomalować model w całości na kolor srebrno szary. Zacząłem od pokrycia całej repliki podkładem MR. Surffacer 1200, miało to na celu wyrównanie powierzchni pod srebrny kolor. Później okazało się, że to była dobra decyzja.

Malowanie platformy zacząłem od pokrycia go podkładem Citadela. Po wyschnięciu całość pokryłem kolorem bazowym Vallejo USA Grey, zaś legary pod pływaki i bandaże kół już pędzlem pomalowałem kolorem Vallejo German Grey. Z tej farby zrobiłem również wasch, którym pokryłem całą platformę.

Jak zaznaczyłem wcześniej model postanowiłem pomalować jednolicie kolorem srebrno-szarym i oznaczyć go tylko szachownicami i logotypem zakładów CRDA. Co do wyglądu polskiego CANT-a dysponujemy tylko źródłami osobowymi – relacjami por. mar. obs. Kazimierza M. Wilkanowicza i bosmana radio Władysława Wzorka z załogi samolotu oraz relacjami mieszkańców majątku Siemień – ostatniego miejsca bazowania samolotu. Wszystkie te relacje mówią o jednolicie srebrnym, szaro – srebrnym lub wręcz popielatym malowaniu i dużych szachownicach rozmieszczonych na płatach. Nikt nie wspomina ani o błękitnych strzałach, o czarnych podłodziach już nie mówiąc. W zestawieniu z tym, że maszyny przeznaczone dla Polski były identycznie malowane, jak przeznaczone dla Hiszpanii otrzymujemy najbardziej prawdopodobny schemat malowania. Logo CRDA było nanoszone na wszystkie produkty wytwórni i polska maszyna raczej nie była tu wyjątkiem. Do malowania użyłem metalizerów z palety Bilmodelmaker z Gdyni. Było to w 2013r. i był to mój pierwszy kontakt z tymi farbami. Według zapewnień dystrybutora miały być proste w użyciu i co najważniejsze odporne z ścieranie. Czegoś takiego w życiu jeszcze nie widziałem. Farby są od razu przygotowane do malowania, dające piękne metaliczne wykończenie, schnące w kilkanaście minut i mające bardzo odporną powłokę. Mogłem brać model w ręce niemal zaraz po zakończeniu malowania i nic nie działo się z pomalowaną powierzchnią. Zdecydowanie polecam. Osłony silników wymagały użycia dwóch kolorów. Najpierw użyłem barwy podstawowej jaką malowałem cały model. Po kilkunastu minutach zamaskowałem taśmą to co było konieczne, a następnie nałożyłem drugi kolor. Po kolejnych kilkunastu minutach zdjąłem maski, by z przerażeniem stwierdzić, że na powierzchni pokrytej kolorem podstawowym pojawił się jakiś dziwny szary nalot. Nie wiem co to było, ale wystarczyło to przepolerować, by powierzchnia nabrała pierwotnego blasku. Na sam koniec wewnętrzne części osłon silników pokryłem kolorem wnętrza. Po tych zabiegach silniki z osłonami zostały zamontowane w odpowiednich miejscach w modelu.

Kolejnym etapem był montaż oszklenia. Po wycięciu poszczególnych elementów kolorem wnętrza pomalowałem ramy od wewnętrznej strony. Potem w kabinie pilotów, po wycięciu otworów pod otwarte panele wykonałem zawiasy. Do tego posłużyły mi kawałki polistyrenu wyciągnięte nad ogniem. Potem pociąłem na cienkie paski kawałek kalkomanii, pomalowany metalizerem przy okazji malowania modelu. Za tych pasków wykonałem ramy oszklenia o zewnątrz. Użyłem sporej ilości płynu do zmiękczania kalkomanii, ale z efektu jestem zadowolony. Na samym końcu retusz za pomocą farbki aplikowanej cienkim pędzelkiem i oszklenie można było wklejać na swoje miejsce. Tutaj też nie było przykrych niespodzianek. Szpary i nierówności wypełniłem Surfacerm, a po wyschnięciu pomalowałem odpowiednim kolorem.

Zaproponowane przez producenta lufy karabinów maszynowych nie spodobały mi się. Ponieważ akurat wtedy firma Master Model wprowadziła na rynek lufy do obu wersji karabinów Breda Safat, skwapliwie skorzystałem z takiej możliwości montując je w budowanej replice. Efekt bardzo dobry. Dolne i boczne stanowiska strzeleckie wykonałem w pozycji otwartej.

Pora na kalkomanie. Jak wspominałem wcześniej z zestawowych kalkomanii wykorzystałem tylko logo firmy CRDA, zmieniając literkę „S” na „B”. Szachownice to wyroby polskich producentów, Techmodu, którego jakość znamy praktycznie wszyscy oraz Modelmaker Decals. Ten producent kalkomanii z Kołobrzegu dość szybko zyskał sobie renomę bardzo wysoką jakością swoich wyrobów. Po nałożeniu kalkomanii okazało się, że model prezentuje się znakomicie, pomimo skromnego malowania, bez numerów, godeł itp. Nieco później okazało się, że mój wybór był zupełnie słuszny, bo opublikowano niemieckie zdjęcia płonącego samolotu na jeziorze Siemień. Widać wyraźnie, że jest on pomalowany w sposób jednolity, nie ma również błękitnych strzał na kadłubie.

Końcowy etap prac to wklejenie wszystkich możliwych drobiazgów w rodzaju drzwi, śmigła, lampy pozycyjne czy anteny. Przy robieniu tych ostatnich wykorzystywałem ogólnie znane praktyki modelarskie, których opisu nie ma sensu tu powielać. Równocześnie z montowaniem detali naniosłem na model ślady eksploatacji. Trudno jednak mówić o jakimś efektownym brudzeniu, skoro budowałem model maszyny niemal fabrycznie nowej. Polski CANT odbył kilka lotów fabrycznych, potem był przelot do Pucka, ewakuacja na Hel i lot do majątku Siemień. Nie wiem czy uzbierało się tego kilkadziesiąt godzin. Samolot nie miał możliwości ubrudzenia się odpowiadającego obecnym tendencjom w modelarstwie. Dostał zatem tylko ciemno szary wasch w linie podziału i okopcenia na końcówkach rur wydechowych.

Na sam koniec z polistyrenowych prętów skleiłem drabinę, którą pomalowałem podobnie jak platformę transportową.

Model CANTa to produkt dobry ale nie z najwyższej półki. Na obniżenie oceny ma wpływ przede wszystkim to, że wnętrze zostało wykonane w sposób znacznie odbiegający od oryginału, niektóre elementy wymagały sporej korekty kształtu, zaś instrukcji montażu zabrakło dokładności i czytelności, oraz generalnego schematu montażowego. Trzeba mieć minimalną chociaż dokumentację, żeby prawidłowo wykonać wnętrze kadłuba. Plusem modelu jest niewątpliwie to, że ma on wręcz genialnie odtworzoną bryłę, a zasadnicze elementy są dobrze spasowane. Na pochwałę zasługuje również doskonałej jakości żywica z której wykonano odlewy. Praca przy niej jest bardzo komfortowa i daje wiele satysfakcji. Powstaje sporych rozmiarów bardzo efektowny model, który można również wykonać w wielu atrakcyjnych malowaniach. Model którego budowę opisałem jest własnością Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu i finalnie trafił na ekspozycję poświęconą Morskiemu Dywizjonowi Lotniczemu w Pucku.

Źródła:
- Mariusz Konarski, Andrzej Olejko, Polskie Lotnictwo Morskie 1920-56, AJ Press, Gdańsk 1998,
- Andrzej Olejko, Lotnictwo Morskie II Rzeczypospolitej, ZP Grupa, Warszawa 2010,
- Andrzej Olejko, Jarosław Wróbel, Mariusz Konarski, Lotniczy Puck 1911- 1950, Rzeszów 2012,
- Kolekcja „Latające Fortece” nr 28, Wyd. Amercom, Warszawa 2012,
- Internet

Dziękuję Panom Tomaszowi Bilkiewiczowi, Andrzejowi Olejce, Jarosławowi Wróblowi, Mariuszowi Konarskiemu i Ireneuszowi Makowskiemu za cenne redy i uwagi jakich nie szczędzili mi podczas budowy modelu.

Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski

Partnerzy

                 
             
                 

 

Kluby modelarskie