Ślicznotka z Kołobrzegu, czli B-17G w skali 1/48

Model:
•    B-17G Flying Fortress Early Production, HK Models, 01F001
Wykorzystane zestawy:
•    Yahumodels – B-17G YMA 4884
•    Master Model – B-17 Machine Gun Barrels Set, AM48-138
•    Pmask – B-17G Yellow Mask, Pk48122Y
•    Eduard - B-17G Flying Fortress seat belts painted, ED49025
Kleje:
•    Tamiya Extra Thin
•    cyjanoakrylowe
Farby:
•    Bilmodelmakers
•    Hataka
•    Vallejo
•    Italeri
Chemia modelarska:
•    Płyn do zmiękczania kalkomanii    Mr. Mark Setter
•    Wasch Dark Grey, Black Tamiya
•    Matt verniks Vallejo
•    Suche pigmenty Talen, Vallejo

Pewnym prośbom po prostu nie wypada odmówić. Choćby się waliło i paliło. Już mniej więcej widziałem jak będzie wyglądać z punktu widzenia modelarskiego lato Anno Domini 2020, do czasu kiedy odwiedził mnie Paweł z Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu i przekazał prośbę Dyrektora placówki. Chodziło o to, że podczas pogłębiania toru wodnego pomiędzy Szczecinem a Świnoujściem natrafiono na wiele cennych z punktu widzenia muzealnego przedmiotów, między innymi fragmenty bombowca B-17G, słynnej „Latającej Fortecy”. Było tego na tyle dużo, że wraz z tym, co dotychczas znajdowało się w zbiorach Muzeum, można było zorganizować całą wystawę. Brakowało tylko modelu, miał on być duży i efektowny. Dwie pary oczu Kota ze Schrecka sprawiły, że się zgodziłem wziąć udział w tym projekcie… 

W ramach narady wojennej, jaką we trzech przeprowadziliśmy, głównie przy pomocy elektronicznych środków komunikacji ustaliliśmy co nam będzie potrzebne. Stanęło oczywiście na nowiutkim modelu Hong Kong Models, na który prawdę powiedziawszy miałem straszną ochotę, ale przerażały mnie jego wymiary po sklejeniu. Z dodatków stanęło na tablicy z YahuModel, którą swego czasu przekazał nam do testów producent, luf karabinów z Mastera masek do malowania z P-Mask oraz pasów z Eduarda. Ten ostatni producent co prawda oferuje bardzo bogaty zestaw elementów fototrawionych, ale nie zdecydowaliśmy się na nie, ponieważ zależało nam na czasie, a dostępne były jako preorder. Tak więc pozostała waloryzacja we własnym zakresie. 


Budowę zacząłem od złożenia modelu „na taśmę”, żeby zobaczyć co będzie widoczne i na co należy położyć nacisk. Model miał imponujące rozmiary, zaś mnie urzekło doskonałe spasowanie poszczególnych elementów oraz bardzo szczegółowo odtworzona faktura powierzchni. Co do wnętrza, producent zastosował złoty środek. Wszystko co trzeba owszem było, ale zrobiono to tak, żeby skleić mógł to praktycznie każdy. Do domu na półkę absolutnie wystarczało, ale żeby startować w zawodach modelarskich już nie, o ekspozycji muzealnej nie wspomnę. Dlatego musiałem wiele rzeczy wykonać po swojemu.

W połówkach kadłuba po swojemu zrobiłem podstawy pod skrzynki amunicyjne bocznych stanowisk strzeleckich, podesty pod tymi stanowiskami, skrzynkę amunicyjną km-u radiooperatora, skrzynkę na dokumenty, a także trochę paneli, zasobników na burtach w różnych miejscach kadłuba oraz butle znajdujące się naprzeciwko włazu awaryjnego. Górna część kadłuba dostała imitację ożebrowania, po swojemu zrobiłem także panele nad stanowiskami pilotów.

Potem zacząłem detalować poszczególne przedziały w kadłubie bombowca. Najwięcej pracy wymagał przedział kabiny pilotów i to nie tylko sam kokpit, ale także przestrzeń znajdująca się pod nim, widoczna przez otwarty luk awaryjny. Trzeba było odtworzyć całą konstrukcję znajdującą się pod podłogą. Ponadto doszło trochę kabli, przewody tlenowe, manetki i tego typu rzeczy.

Nad komorą bombową nie pastwiłem się w jakiś szczególny sposób. Dodałem kilka detali, Więcej uwagi poświęciłem stanowisku radiooperatora, znajdującym się zaraz za komorą. Dopracowałem nieco osprzęt radiowy, a stolik dostał lampkę oraz imitację metalowej listwy biegnącej wokół.

Pozostałe dwa przedziały zostały poprawione właściwie tylko w sposób kosmetyczny. Trochę uchwytów, przewody tlenowe, podstawy skrzynek amunicyjnych i tego typu rzeczy, raczej tylko w widocznych miejscach.

Więcej uwagi musiałem natomiast poświęcić stanowiskom bombardiera i nawigatora znajdujących się w nosie samolotu. Sporo okienek i przeszklony nos sprawiały, że wszystko było doskonale widoczne. Musiałem się zatem przyłożyć odtwarzając niemal całe wyposażenie, które producent albo pominął, albo jedynie zaakcentował.Na tym etapie prac przygotowałem sobie również bomby, tylce karabinów maszynowych, grzbietową wieżyczkę strzelecką oraz stelaż dla kulistej wieżyczki Sperry znajdującej się z dołu kadłuba. Ponieważ producent nie przewidział dla niej skrzynek amunicyjnych, wykonałem je we własnym zakresie. Wnętrze było gotowe do malowania. Dostało podkład, i co dalej? Kolorystyka wnętrza B-17G to temat rzeka, zaś każdy producent modelu przedstawia ją w inny sposób. Rozbieżności pomiędzy instrukcją modelu HKM i Revella były bardzo duże. Mam co prawda jeszcze zestaw Matchboxa z lat 80-tych XXw. ale to raczej obiekt westchnień z lat młodzieńczych i eksponat muzealny, niż źródło rzetelnej wiedzy. Analiza zdjęć oryginałów zachowanych do obecnych czasów też nie wiele pomogła, każdy był inaczej pomalowany.

Przyjąłem zatem własną koncepcję. Kolorem wnętrza, czyli Zinc Chromate Premier postanowiłem pomalować przedział nosowy, kokpit, komorę bombową, przedział radio oraz wszystkie wręgi pomiędzy przedziałami. Przedział strzelców bocznych, ogonową część kadłuba oraz przestrzeń pod kabiną pilotów kolorem alluminiuim…

…zaś wszystkie podłogi, drzwi oraz skrzynki amunicyjne postanowiłem pozostawić w naturalnym wykończeniu sklejkowym. Spora część B-17 miała podłogi pokryte wykładziną w kolorze ciemnoszarym, ale jako miłośnik „szmatopłatów” postawiłem na sklejeczkę.

Malowanie odbywało się w ten sposób, że najpierw przy pomocy aerografu naniosłem dwa podstawowe kolory czyli aluminium i Zinc Chromate Premier, a następnie już za pomocą pędzelków wykonałem imitację sklejki oraz pozostałe kolory. Potem wszystko potraktowałem szarym Wachem i dokleiłem ostatnie drobiazgi, które nadały wnętrzu nieco życia. Po pierwsze tablica przyrządów z YahuModel i pasy z Eduarda, z uniwersalnego zestawu tego producenta wykorzystałem także celowniki, które umieściłem na karabinach maszynowych. We własnym zakresie wykonałem mapy i dokumenty, które rozłożyłem na stanowiskach nawigatora i radiooperatora oraz elektryczne podajniki amunicji.

Mogłem zatem przystąpić do sklejenia kadłuba w całość. W żadnym modelu ta operacja nie należy do łatwych, a szczególnie w przypadku modeli w dużych skalach i rozmiarach. Ten miał jeszcze osobno doklejane stanowisko strzelca ogonowego oraz sekcję nosową. Dobrze, że model był bardzo dobrze spasowany. Zacząłem od wklejenia całego wnętrza w lewą połówkę kadłuba. Potem punktowo za pomocą kleju cyjanoaktylowego dokleiłem połówkę prawą, po czym skleiłem kadłub w całość klejem penetrującym do polistyrenu. Na samym końcu przykleiłem górną część.

Zgodnie z instrukcją przykleiłem do kadłuba stanowisko strzelca ogonowego, po czym zająłem się sekcją nosową. Przypominało to nieco budowę modelu statku w butelce, zwłaszcza zgranie z sobą podajników amunicji, przyklejonych do skrzynki umieszczonej na podłodze z karabinami zamontowanymi na stanowiskach w kadłubie, ale dałem radę. Sekcja nosowa została przyklejona do kadłuba. Wszystkie miejsca łączenia wypełniłem średnio gęstym klejem cyjanoakrylowym, po jego zaschnięciu je oszlifowałem i wypolerowałem. Koniec prac nad kadłubem nastąpił wraz z nacięciem kilku linii podziału, które zanikły podczas szlifowania. Z tego wszystkiego zapomniałem zrobić zdjęć gotowego kadłuba, mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone.

Przed montażem skrzydeł musiałem ogarnąć temat komór podwozia, a dosyć sporo się tam działo. Producent wykonał je na wysokim poziomie. Kilkanaście detali, całkiem ładnie oddane szczegóły konstrukcji, ja jednak postanowiłem je nieco wzbogacić dodając trochę detali, których dopatrzyłem się na zdjęciach zachowanych do dnia dzisiejszego B-17. Głównie kabli, przewodów i tego typu rzeczy. W ruch poszedł polistyren i kawałki drutu różnej grubości, ale opłaciło się trochę podłubać. Luki podwozia zaczęły przypominać te z obejrzanych zdjęć.

Nieco wzbogaciłem także golenie podwozia głównego. Wzorując się na zdjęciach zrobiłem przewody instalacji hamulcowej i hydraulicznej oraz kilka detali. Na tym etapie zająłem się także silnikami. To jest najsłabszy punkt zestawu, są one bardzo uproszczone, dodanie przewodów niewiele pomogło, tutaj warto rozważyć wymianę ich na żywiczne zamienniki.

Luki podwozia oraz silniki zostały następnie pomalowane a po wyschnięciu farby pokryte szarym waschem. O ile luki podwozia w kolorze prezentowały się wybornie i z osiągniętego efektu  jestem zadowolony, o tyle silniki, no mogłoby być lepiej. Równocześnie z silnikami pomalowałem także podzespoły sprężarek. Silniki i sprężarki trafiły na razie do poczekalni, ja zaś zamontowałem luki podwozia w dolnych połówkach skrzydeł, dołożyłem także fototrawione kratki we wlotach umieszczonych w krawędziach natarcia skrzydeł, po czyn skrzydła skleiłem w całość, zaś miejsca łączenia obrobiłem w taki sam sposób jak w przypadku kadłuba. No i znowu zapomniałem zrobić zdjęć!

Model ma możliwość wykonania klap w pozycji wychylonej. Klapy oraz ich wnęki mają co prawda odtworzone ożebrowanie i szczegóły konstrukcji, ale także nieco uproszczone, wiec postanowiłem je nieco wzbogacić. Pocięte na różnej grubości paski tworzywo załatwiło sprawę. Nie musiałem montować klap tylko delikatnie wychylonych, jak początkowo zamierzałem, tylko mogłem otworzyć je w pełni, co mojej replice na pewno wyszło na dobre. Wrota komory bombowej wzbogaciłem jedynie o mocowanie siłowników mechanizmu otwierania.

Najfajniejsze w tym modelu było to, że mogłem go złożyć w całość, przyczepić „na sucho” podwozie, klapy oraz silniki i wszystko się pięknie trzymało. Klej w przypadku tego modelu to na dobrą sprawę formalność. Mogłem się już cieszyć piękną, klasyczną linią jednego z najbardziej znanych samolotów w historii lotnictwa.

Zanim zacząłem model malować, dokleiłem do kadłuba większość drobiazgów w rodzaju anten czy osłon, niestety fototrawione osłony stanowisk strzeleckich to jakaś impresja z blaszki fototawionej. Po kilku bezowocnych próbach dałem sobie spokój i wykonałem nowe od podstaw.

Malowanie przebiegało w kawałkach, no bo tak ki było wygodniej. Poprzedził je rytuał nałożenia podkładu. Do malowania użyłem lakierów z palety Bilmodelmakers, jedynie farba do wnętrz, czyli Zinc Chromate Premier to pomarańczowa Hataka. Od niej zresztą zacząłem, bo musiałem malując wewnętrzne części klap oraz ich wnęk a także wewnętrzne części wrót komory bombowej. Tym kolorem wykonałem także podmalówki w różnych miejscach samolotu. Potem białym kolorem naniosłem nieregularny marmurek, a następnie ciemnoszarym pershading po liniach podziału blach, panelach oraz niektórych liniach nitów. Kolor czarny posłużył mi do wymalowania odladzaczy na krawędziach natarcia skrzydeł oraz usterzenia oraz linii na górnych powierzchniach skrzydeł, zanim zabrałem się za nakładanie kolorów podstawowych, musiałem zamaskować to i owo.

Na pierwszy ogień poszedł statecznik pionowy a dokładniej, jego centralna część, pokryłem ją dość intensywnym kolorem zielonym. Potem powierzchnie dolne, tak  żeby nie zamalować w całości misternie wykonanej siatki preshadingu. Kolor podstawowy modyfikowałem poprzez rozjaśnienie go lub ściemnienie, w zależności od potrzeb. Podobnie miała się sytuacja z kolorem Olive Drab, był on rozjaśniany, był także przyciemniany, a na sam koniec w kilku miejscach wykonałem chamskie, ordynarne podmalówki pędzlem. Stawałem się z tym nie przesadzać.

Po wykonaniu niezbędnych poprawek malarskich, mój model został złożony w całość. Jego powierzchnie zagruntowałem  Sidoluxem, zaś po jego wyschnięciu nałożyłem kalkomanie. Ponieważ wydrukował je włoski Cartograf, o ich jakość mogłem być spokojny. Cartograf to niekwestionowany lider w technologii druku kalkomanii, dlatego też kalkomanie pięknie współgrały z chemią i wniknęły w fakturę modelu. Potem przyszła pora montażu wszelkich drobiazgów, w tym oczywiście luf z Master Models. Każda z luf to dwa elementy – sama lufa oraz perforowana chłodnica, w przypadku wieżyczki przedniej oraz stanowiska strzelca ogonowego także tłumiki płomieni. Kilka z nich wymagała jedynie uzupełnienia o muszki.

Ślady eksploatacji to przede wszystkim szary i czarny wasch wpuszczony jedynie w część linii podziału, trochę odprysków farby no i cały rysunek zacieków i okopceń, na górnych i dolnych powierzchniach skrzydeł. Jak go odtworzyć, korzystałem z nieocenionych rad Piotrka Witta ze Szczecińskiego Paprykarza Modelarskiego. Jego uwagi oraz podesłane zdjęcia pozwoliły mi uniknąć poważnych błędów merytorycznych. Zanim jednak zabrałem się za waschce i pigmenty, cały model pokryłem matowym werniksem. Nie mogło też zabraknąć pozdrowień dla Adolfa. Ślady eksploatacji uzupełniły niewielkie odpryski farby, czyli farba w kolorze aluminium nanoszona retuszerskim pędzelkiem.

Po wklejeniu  na swoje miejsce tego, co jeszcze zostało do wklejenia oraz rozpięciu anten radiowych, mogłem uznać, ze model jest skończony. Ponieważ miał trafić do Muzeum, należało go odpowiednio wyeksponować, najlepiej na płycie lotniska. W tym celu zaopatrzyłem się w kawałek hipsu o dwucentymetrowej grubości na którym odtworzyłem fragment płyty postojowej. Dodałem do niego takie artefakty, jak klocki do blokowania kół, dwie figurki mechaników oraz metalowy model Willysa z przyczepką. To wszystko pochodziło z mojego magazynku, zaś Willysa kupiłem na targu staroci za astronomiczną cenę 5 złotych. Musiałem go jednak podrasować, żeby nie wyglądał jak resorak i nie odbiegał wyglądem od reszty. Nie było tu większych problemów, wystarczyły wasche i pigmenty, więcej pracy wymagała przyczepka. Aby z plastikowej zabawki przeistoczyła się w nadający się na dioramę artefakt, skorzystałem z pomocy Kol. Adama Urbańskiego, znanego trójmiejskiego rekonstruktora, który dostarczył mi zdjęcia oryginału, który znajduje się w jego zbiorach.

 W ten sposób dotarłem do końca projektu. Po niezliczonych próbach aranżacji całej podstawki, stwierdziłem, że nic już lepszego nie wymyślę, więc zapakowałem Fortecę w gustowną kartonową skrzyneczkę i wyruszyłem do Kołobrzegu.

 Tam jednak spotkało mnie zaskoczenie, gdyż spodziewałem się, że całą wystawę będziemy aranżować i montować, okazało się, że musimy się nieco wstrzymać z przyczyn niezależnych od Muzeum Oręża Polskiego. Po prostu trzeba załatwić kilka spraw formalnych. Spotkanie z Dyrektorem Aleksandrem Ostaszem potraktowaliśmy roboczo, żeby przedyskutować kształt całej ekspozycji. Przy okazji obejrzałem sobie eksponaty, które finalnie na wystawie się znajdą. Robi to wrażenie i jest co oglądać, na razie obowiązuje mnie dyskrecja. Postanowiliśmy, że model Fortcy nie będzie czekać w magazynie do otwarcia wystawy, gdzie może zostać przypadkowo uszkodzony, tylko umieściliśmy ją w jednej z gablot. W tle ma plakat o bombardowaniach strategicznych, więc pasuje.

Przy okazji wypożyczyłem Muzeum jeden z moich starszych, ale równie efektowny model, czyli C-47 Skytrain. Model nadal pozostaje moją własnością, w końcu jest to niemal GRH „Jack of Daimonds”, do której przecież należałem. 

W ten sposób zakończyłem mój najbardziej intensywny modelarski projekt, choć jednocześnie jeden z najciekawszych, z jakimi przyszło mi się mierzyć. Model B-17G z Hong Kong Models jest produktem wartym polecenia, bardzo dobrze odzwierciedla oryginał, jest bardzo dobrze spasowany i nie sprawia żadnych problemów przy klejeniu i co najważniejsze wspaniale poddaje się waloryzacji. Model ten mogę z czystym sumieniem polecić modelarzom o niewielkim doświadczeniu ze skalą 1/48.



Serdecznie dziękuję firmom BilmodelMakers i YahuModels za przekazanie farb i akcesoriów modelarskich, Panu Piotrowi Witt (Szczeciński Paprykarz Modelarski) i Panu Adamowi Urbańskiemu (Carrington Service) za cenne uwagi merytoryczne oraz sklepowi modelarskiemu Exito.pl za bardzo szybką realizację zamówienia.

Zdjęcia: Marcin Wawrzynkowski, Aleksander Ostasz

Marcin „Marwaw” Wawrzynkowski 

 

Partnerzy

       
                 
                 

Kluby modelarskie

 

 

 

 
                 
                 
                 

 

Our website is protected by DMC Firewall!