Diorama morska - Budowa portu Mulberry - 1/700 - Mikrostocznia, AJM Models

Wykorzystane zestawy i akcesoria:
- Mikrostocznia – Port Mulberry – Keson Phoenix
- Mikrostocznia –  Angielskie holowniki klasy TID
- AJM Model –  HMS Allynbank Anti Aicraft ship,
- MIG Productions –rigging medium fine 0,2mm
Kleje:
- cyjanoakrylowe (żel i rzadki)
Farby:
- Bilmodel, Tamiyia, Vallejo, Italeri
Chemia modelarska:
- Płyn do zmiękczania kalkomanii Mr. Mark Setter
- Matt Verniks – Vallejo
- Watter Effect – Vallejo

Ta diorama powstawała niejako przy okazji innych projektów mikromodelarskich i wcale nie miała z początku wyglądać tak jak ostatecznie wygląda. Koncepcja zmieniała mi się kilkukrotnie z różnych przyczyn, aż w końcu powstał jej finalny kształt, osadzony w klimatach Lądowania w Normandii, jednego z moich ulubionych epizodów II Wojny Światowej, nie tylko w kontekście modelarskim.

Ale po kolei. Zaczęło się od dwóch holowników typu TID firmy Mikrostocznia, które recenzowałem jakiś czas temu. Z uwagi na niewielkie rozmiary, jako samodzielne modele nie miały żadnej racji bytu. Początkowo planowałem umieścić je jako „towarzystwo” dla „Rodneya”, ale pomysł tak szybko upadł jak się narodził – model „Rodneya” w konfiguracji z 1938r. zaś holowniki z 1944r. To się nie mogło udać.

Budowa holowników przebiegała bezproblemowo, uzupełniłem je o kilka detali, które podpatrzyłem na zdjęciach oryginalnych jednostek typu TID.

Malowanie i odbywało się przy okazji malowania modelu okrętu przeciwlotniczego HMS „Springbank”, przynajmniej jeśli chodzi o kolor podstawowy. Użyłem do tego lakieru Tamiyi.

Holowniki zostały następnie sklejone w całość, zamontowałem także resztę detali. Gotowe modele trafiły na razie do gabloty, a ja żałowałem, że nie dostałem ich tydzień wcześniej, bo „wyprowadzać” z portu mogłyby model okrętu desantowego HMS „Royal Ulsterman”…


W międzyczasie otrzymałem do recenzji zestaw, który jak się okazało stał się przebojem firmy Mikrostocznia, czyli keson portowy „Phoenix”. Kesony takie zostały z powodzeniem użyte przez Aliantów do budowy portów inwazyjnych „Mulberry”. Zatem holowniki pojawią się na dioramie wraz z kesonem. Keson z kolei powstawał podczas budowy modelu „Rodneya”.

Budowa nie była specjalnie skomplikowana, wystarczyło dokleić platformę z działkiem, relingi, drabiny i maszt. Tu wielkie brawa dla producenta za fototrawioną blaszkę, nie dość że drabiny i relingi kapitalnie ożywiły budowaną miniaturę, to jeszcze okazały się świetnej jakości. Dały się bez problemu formować i wyginać w pożądane kształty.

Podczas malowania starałem się nadać kesonowi surowy, betonowy (jak dziś się mówi loftowy) wygląd. Dlatego nieco zróżnicowałem odcienie szarości, którymi pomalowałem miniaturę. Dość mocne granice kolorów starałem się stonować poprzez zacieki i zabrudzenia. Nie mogłem natomiast odmówić sobie wymalowania podobizny „Killroya”. Wiem, wiem, że to amerykański patent, ale przed wyjściem w może jakaś grupka Jankesów mogła w ten sposób dodawać sobie odwagi…

Mając sklejone i pomalowane zasadnicze elementy mojej scenki zacząłem przymiarki do jej skomponowania, rozmieszczenia na podstawce. Początkowo chciałem umieścić na niej jakiś niszczyciel, ale koncepcja zmienia się po raz kolejny. Przez przypadek. Podczas rozmowy z Michałem z AJM padło, że siostrzana jednostka HMS „Springbank” czyli HMS „Allynbank” została zatopiona jako element falochronu w jednym ze sztucznych portów. A mi zostało sporo zapasowych części, i zawsze chciałem zbudować… wrak.

Koncepcja przybrała ostateczną formę. Holowniki z kesonem będą mijać zatopiony na płytkiej wodzie zatopiony wrak. Mogłoby się wydawać, że zrobienie wraku jest banalnie proste. Wystarczy kilka razy rzucić modelem o podłogę, poprawić z buta i gotowe. No, tak, ale wtedy mamy wrak modelu a nie model wraku. Z tym drugim sprawa jest bardziej skomplikowana. Trzeba odtworzyć to co wystawało z wody, uszkodzenia, zabrudzenia. Pamiętać należy także, że okręty pozatapiane podczas budowy sztucznych portów miały zdjęte uzbrojenie i większość wyposażenia. Dokumentacją były niestety tylko dwa zdjęcia, które dawały jakieś tam pojęcie o sposobie zalegania wraku, ale dawały odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie się od razu nasunęły.

Do budowy  imitacji wraku użyłem jak wspomniałem tego co zostało mi po budowie modelu testowego HMS „Springbank” a dokładnie rzecz biorąc tego, co wystawało ponad wodę, czyli nadbudówek, komina i kilku innych rzeczy. Pomimo, że miałem cały zapasowy kadłub, postanowiłem go nie wykorzystywać, tylko odciąć platformy uzbrojenia przeciwlotniczego, zaś wystającą spod wody dziobówkę wykonać pod podstaw. Nadbudówki i pokład dziobowy otrzymały przy okazji większość detali. Na tym etapie prac zrobiłem także podstawę. Ponieważ musiałem w niej „zatopić” dziobówkę, cześć nadbudówek wraku oraz dolną część kesonu, musiała być ona nieco grubsza niż standardowe „morze’. Do kawałka grubego hipsu przykleiłem kawałek styropianu, wyciąłem miejsca pod nadbudówki i keson, dołożyłem delikatne fale dziobowe dla holowników, po czym całość tradycyjnie okleiłem folią aluminiową. Po wyschnięciu kleju zamontowałem w odpowiednich miejscach mój wrak.

Kolejnym etapem prac było wykonanie i montaż obu trójnożnych masztów. Tradycyjnie wykonanych z prętów węglowych i mosiężnego drutu równej grubości. Podobnie jak w przypadku nadbudówek wykorzystałem sporo fototrawionych detali z podręcznego składziku części zapasowych.

Mogłem także przymierzyć do podstawki pozostałych bohaterów scenki, czyli keson i holowniki.

Malowanie makiety wraku było kolejnym etapem mojej przygody ze sztucznym portem Mulberry. Na początek porządna warstwa podkładu, a następnie kolejne kolory kamuflażu. Ponieważ były to dość małe powierzchnie zdecydowałem się na malowanie pędzlami za pomocą farb akrylowych. Za pomocą mieszaniny brązowej farby z beżową, na podstawce zaznaczyłem także kontur pokładu, który miał prześwitywać spod powierzchni wody. Po wyschnięciu farby dokleiłem pozostałe detale, takie jak relingi czy olinowanie. Najbardziej bałem się montowania tych na pokładzie dziobowym, zanurzonych w „wodzie”. Wybrnąłem z tego tak, że naciąłem „wodę” żyletką i powstałe nacięcia wkleiłem paski relingów.

Mogłem teraz przystąpić do malowania powierzchni wody. Wybrałem odcień pasujący do dosyć słonecznego dnia, tak aby dość dobrze widoczny był zarys pokładu. Po wyschnięciu farby wkleiłem na swoje miejsca keson i holowniki, dokleiłem ostatnie detale i resztę olinowania. Na gaflu zawiesiłem także flagę. Widoczna jest ona na posiadanym przez mnie zdjęciu. Jest ona w jednolitym kolorze, wiec zdecydowałem się na kolor czerwony, będący jedną z form oznaczenia przeszkody nawigacyjnej. Wrak też został postarzony zaciekami rdzy i brudu.

Ostatnie czynności przy mojej dioramce do pokrycie całej powierzchni „wody” warstwą preparatu „Water Effect” od Vallejo” i zrobienie ramki z czarnego hipsu. W ten sposób skończyłem kolejną morską dioramę. Przy okazji spożytkowałem także części, których raczej nie użyłbym zgodnie z przeznaczeniem. Muszę przyznać, że bardzo dobrze czuję w takiej właśnie formie modelarstwa. Pewnie pojawią się z czasem kolejne dioramy.


Dziękuję producentom, firmom MIKROSTOCZNIA i AJM Models za udostępnienie zestawów na potrzeby relacji.
Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski

Partnerzy

       
                 
                 

Kluby modelarskie

 

 

 

 
                 
                 
                 

 

Our website is protected by DMC Firewall!